Dostrzegł to drgnięcie jej warg, a więc i spojrzenie jego zrobiło się bardziej pewne zakrapiane złośliwością. Miał ciemne oczy, które w różnych sytuacjach wzbudzały strach. Nie raz słyszał, że jak się złości wygląda jak demon, a to wszystko za sprawką tego, że czarna źrenica zlewała się często z odcieniem jego tęczówki. Teraz też tak było. Był zdenerwowany, był też zły na brata, był też delikatnie rozbawiony niezadowoleniem Lycoris, ale jego źrenice były szeroko otwarte, gdy tak na nią patrzył. Pamiętał te wszystkie ich potyczki, to jaka była w szkole i mógł przyznać szczerze, że była teraz piękniejsza, bardziej charakterna, pociągająca. W głębi umysłu cieszył się, że nadal była wolna, bo skoro wysłano ją na spotkanie z nim oznaczało, że nikogo jeszcze sobie nie znalazła. Złośliwy uśmiech nie schodził z jego ust. W jej towarzystwie nie mógł się od niego opędzić. W towarzystwie innych ludzi było mu łatwiej się opanować. Zżerała go jednak ciekawość, co u niej, jak sobie radzi, czy nadal pracuje wśród trupów. W końcu nie bywał zbyt często w mieście. Więcej czasu spędzał w dziczy próbując uratować kolejny zagrożony gatunek, latał po Nokrutnach próbując wyłapać w półświatku kłusowników, albo załatwiać sprawy dla brata. Nie myślał o tym, aby do niej zaglądać, a że w gazetach nie widniało nic o tym, aby brała ślub to serce miał spokojne, prawda? Nigdy nie znosił sytuacji, gdy poświęcała uwagę innym osobom, zawsze go to wewnętrznie skręcało i stawał się bardziej złośliwy oraz natarczywy.
– Jedni pielęgnują w sobie robaki, a inni ukrywają coś pod niczym – wzruszył ramieniem przyglądając się jej uważniej. Może i teraz wygrała, ale nadal nie chciałby być robakiem, a zwłaszcza modliszką. Chociaż dla Lycoris to pewnie by i zginał, do czego nigdy by się nie przyznał. Nawet w chwili kiedy by za nią umierał. Nie sądził, że los ją podstawi w tak nieoczekiwanym momencie u jego stóp. Nie potrafił nigdy jej rozgryźć, nie potrafił zrozumieć czemu tak bardzo walczyła ze światem. On też walczył, ale miał totalnie gdzieś, co mu kazano robić. Przychodził na te spotkania dla świętego spokoju, dla małej rozrywki, dla odpoczynku, aby na chwilę się zatrzymać.
Uniósł dłonie ku górze w geście poddania. Miała racje, totalnie miała rację. Była to zbyt wielka obraza w jej kierunku nazywać ją głupią, ale nie mógł się powstrzymać. Sama się o to prosiła – tak dla zasady, dla dobrych starych czasów. Miał wobec niej sporo szacunku, ale nie musiała o tym wiedzieć, prawda?
Drinki wylądowały na stoliku przed nimi i kelner zapytał, czy chcą coś do jedzenia. Vincent od razu zamówił dla siebie najdroższe danie z karty. Skoro Edward chciał go dzisiaj pogrzebać, oddać w ręce modliszki musiał się dobrze najeść, napić i odpłynąć. Spalił do końca swojego papierosa i nie minęła minuta, a odpalił kolejnego.
– Cor, dobrze wiesz, że nie należę do tępaków – sama się oburzyła jak nazwał ją niemyślącą, a teraz używa tego samego argumentu. Obserwował moment, w którym upijała łyk trunku, a było to nawet hipnotyzujące, bo Lycoris miała nietypową urodę, taką silną i magnetyzującą. Sam upił łyk swojego whisky i cicho westchnął. – A już myślałem, że jesteś gotowa się ustabilizować, znaleźć bogatego męża i urodzić gromadkę dzieci.