Uwielbiała to, co widziała w lustrze – nieugiętą, nieprzejednaną kobietę, co prawda o gracji równej martwej topielicy, mogła jednak być nazywana przymiotami złoczyńcy; choć nigdy nie robiła otwarcie nic na przekór prawa, wzbudzała pewien atawistyczny lęk. Może krył się w kącikach ust, które nie uginały się w przyjemnym uśmiechu?; może było to kwestią tnącego spojrzenia głębokich, piwnych tęczówek, spienionych, jakby sama Afrodyta wyłaniała się z ich morskich odmętów?; może chodziło jednak o postawę, wiecznie dumną i wyprostowaną? Niewiele kobiet wszak osiągało jej wzrost i choć za czasów hogwardzkich garbiła się, a własne długie, nieporadne kończyny uważała za okrytą woalką wstydu wadę – teraz wiedziała, że były jej niechybnym atutem. Wydoroślała przecież, rysy jej twarzy zrobiły się ostre, o wysokich kościach policzkowych, zarysowanym podbródkiem i wydatnych łukach brwiowych.
Jej spojrzenie wciąż wyprowadzało na same krańce manowców, rysując w bladej, bezemocjonalnej toni pewne iskry, którymi odznaczała się jedynie wodząc wzrokiem po jednym z ciał, trafiających do prosektorium lege artis. Nie spodziewała się, że zareaguje w ten sposób na niego – tego upiornie irytującego chłopca, którym niegdyś był; teraz z kolei, mężczyznę z krwi i kości. Spoglądała na niego uważnie i bacznie, jakby chciała rozszyfrować tajemnicę zawartą w smolistych tęczówkach – na próżno.
– Łał, głębokie – sarknęła na jego słowa o nicości, wywracając nieznacznie oczyma. Może gdyby była odrobinę milsza, odrobinę bardziej przystępna, odrobinę mniej Lycoris – ułożyłaby usta w rozładowującym atmosferę uśmiechu.
Była jednak nieodwołalnie sobą.
Szacunek nie należał do faktorów, którymi chętnie obdarzała ludzi; niewielu wszak wkupiało się w jej łaski, stalowe i nieprzejednane. On jednak zawierał w sobie coś, pod czego naciskiem miękła wyraźnie i choć wolała skoczyć w ognie piekielne, aniżeli ofiarować mu słowa wieczystej przysięgi, stając na ślubnym kobiercu – nie potrafiła gardzić nim doszczętnie. Zastukała palcami o powierzchnię stołu, zupełnie jakby rozważała kwestie pilne i niecierpiące zwłoki, aby po chwili opaść na oparcie krzesła.
Nie odparła nic na jego żarliwe zaprzeczenie, jakoby nie należał do szerokiego grona osób ubogich w intelekt.
– Kiedy nabyłeś tak absurdalne poczucie humoru? – zabrzmiała pytaniem, zatapiając wargi w trunku chyboczącym się w szklanej powłoce. Lód zadźwięczał przyjemnie, gdy odkładała szklankę, aby wargami ponownie otulić filtr papierosa.
– Czy jeśli zwymiotuję, to ktoś to posprząta? – spytała, ognisko wzroku ponownie umieszczając w osobie Prewetta. – Mąż to zbędna ozdoba, dzieci to tylko wydatek, a od ustatkowania się, wolałabym skończyć na stosie – spuentowała.