Bell jakiś czas temu wymknął się przez okno, aby zbadać okoliczne gzymsy i zapolować na jakieś ptaki. Dellian został więc sam na sam z Leo, którego udało mu się zamurować. Ollivander był zadowolony, że jego przyjaciel stracił rezon. Zawsze wiedział jak go zaskoczyć i miał w zanadrzu jeszcze parę asów w rękawie, a na pewno zabawniej będzie jak zamieszkają razem. Miał już się od niego odsunąć, gdy ten go złapał i przyciągnął do siebie. Dellian stęknął mu w usta zamykając oczy na krótką chwilę. Nie spodziewał się tego, że Leo go pocałuje, a sam pocałunek był cholernie przyjemny. Dellian nie zamierzał być jednak jakąś dziewicą niewydymką, więc nim Leo się od niego oderwał sam zagryzł jego warki sprawiając, aby i jemu zrobiło się głupio przyjemnie. Poczuł jak mu błędnik na chwilę zwariował, a potem odsunął się od niego oblizując usta i czując delikatny niedosyt, a także przyjemny ucisk w podbrzuszu. Cholera jasna!
Gdy z ust Leo padły słowa o mizianiu się z Bellem podniecenie, które poczuł chwilę wcześniej uleciało jak powietrze z balona. Pokręcił z niedowierzaniem głową i ciężko westchnął. Ten pieprzony, udawany kocur wszystko psuł.
– Chyba do reszty cię pomerdało – jako, że Dellian lubił słowa nie przeklinał. Nie lubił przekleństw, bo psuły wszystko w swojej prostej piękności. – Oczywiście, że nie. Co ty masz w tej swojej głowie – trochę się zawiódł, ale mają teraz sporo czasu, aby to nadrobić.
Uczucie niedosytu było za duże, ale czego mógł się spodziewać po tym gościu.
– Dobra stary zbierajmy się. Zawołaj Bella i napisz do gościa od mieszkania, że je bierzemy, a na dniach przeniesie się tu nasze rzeczy.