16.10.2023, 20:55 ✶
Stałem pod wielkim znakiem zapytania. Tak bardzo pragnąłem ją zatrzymać dla siebie, być z nią jak najdłużej, że obawiałem się każdego kolejnego kroku by nie zawalić sprawy, by jej nie zrazić, nie spłoszyć, nie przywrócić złych wspomnień, ale im bardziej się starałem, tym bardziej odczuwałem porażkę.
Bałem się. Cholernie się bałem, że to może być nasze ostatnie spotkanie. Obawiałem się, że każde kolejne z naszych spotkań może być tym ostatnim. Obawiałem się, że mogłaby faktycznie wziąć i przekreślić wszystko, na swój sposób bezdusznie, ale też w pełny sposób usprawiedliwiony swoimi wyobrażeniami... Bo miała rację, miała cholerną rację, której nie chciałem się słuchać, mimo że wyruszyłem w tę podróż z kompletnie innym zamiarem. Przecież chciałem jej podziękować, że mnie otrzeźwiła, że zsunęła mnie do poziomu przyjaciela, że zbudowała mur... Mur, który sam zburzyłem, ponownie się z nią całować. I niczego nie żałowałem, ale... Ale tych łez u niej nie chciałem wywoływać.
Z lubością zanurzyłem się tuż za nią, chcąc zmyć z głowy te wszystkie myśli. Aż żałowałem, że woda nie wpłynęła mi jednym uchem by wypłynąć drugim, czyszcząc po drodze wszystko, zostawiając tylko pustą kartkę. Amnezję, tak niewinną i słodką. Co, gdybym wszystko zapomniał? Może byłoby nam lekko? Lżej... Czy raczej odesłałaby mnie grzecznie pod drzwi posiadłości Rookwoodów, zostawiając mnie na ich pastwę, pozbywając się również problemu?
Jedno było pewne, staczałem się coraz bardziej, gubiłem w tym mętliku myśli i uczuć. Niebawem niechybnie oszaleję.
Szedłem tuż za nią. Zaczynałem tchórzyć, nie chcąc słuchać tego, co miało zostać powiedziane. Nie byłem pewien, czy byłem przygotowany, czy w ogóle mógłbym kiedykolwiek być na to przygotowanym. Może zamiast osuszania, rzucić zaklęcie na utopienie się? Trochę bym pobulgotał i ucichł na wieki. Zdecydowanie lepiej by się paru osobom beze mnie żyło.
Zamknąłem na chwilę oczy, poważny, by zaraz machnąć różdżkę. Nie przepadałem za takim wymiętym ubraniem i chwilę walczyłem ze sobą, ale w końcu rzuciłem też zaklęcie na prasowanie. Wiedziałem, że źle bym się z tym czuł. Pewnie i tak już śmierdziałem rybami, więc przynajmniej nie będę wyglądał jak kloszard. Obejrzałem się, czy z tyłu też mniej więcej wszystko grało, po czym siadłem na trawie. Zaskoczony, że było tu tak spokojnie. Jakbyśmy zdążyli odjechać naprawdę daleko od cywilizacji.
Avelina siedziała tuż obok, inaczej nie wybrałbym miejsca na trawie, tylko pewnie na kładce. Nieistotne. Zastanawiałem się, czy powinienem ją objąć ramieniem, przytulić do siebie... Zdecydowanie mi nie leżało, żebyśmy siedzieli tak obok siebie i nic, bez dotyku, oddaleni na te nieznośne centymetry. Na szczęście i ku mojemu zaskoczeniu, ona drgnęła, kładąc głowę na moich kolanach. Przyjąłem to ostatecznie z ulgą, kładąc prawą dłoń na jej boku, który lekko pogładziłem, a drugą zaraz wyłapując zagubione pasma włosów z twarzy. Skubałem ją jak skrzat kurczaka. Milczała. Może też nie chciała tego wszystkiego mówić głośno? Może również wolała tkwić w kłamstwie, że nam się uda? Czy mogło nam się udać? Czy byłem na tyle odważny by zostawić wszystko za sobą i pójść z nią w niewiadome?
- Kiedy byłem mały, uciekałem z domu do ogrodu czytać książki, ale czasami kładłem się na ogrodowej kanapie i wpatrywałem się w niebo, obserwując te wszystkie chmury, które po nim przemykały... Niektóre szybciej, niektóre wolniej. O przeróżnych kształtach. Kiedyś widziałem smoka z chmur. Ział kolejną chmurą i chyba chciał zjeść chmurkową babeczkę - zacząłem delikatnie, patrząc chwilę gdzieś tam, w tamtym kierunku, gdzie mogła wędrować wzrokiem Avelina.
Absurdy bycia dzieckiem. Bywało mi wtedy ciężko, ale chyba wróciłbym do tamtych czasów i może po drodze zmienił kilka rzeczy. Chociażby moją przyszłość z Aveliną... Ciekawe, czy dziś mogłaby być panią Rookwood? Albo ja panem Paxton? Ojciec pewnie by mnie wydziedziczył, ale ciekawe czy bez rodowej fortuny dałbym sobie radę? Hah. Pewnie bym zginął marnie.
Bałem się. Cholernie się bałem, że to może być nasze ostatnie spotkanie. Obawiałem się, że każde kolejne z naszych spotkań może być tym ostatnim. Obawiałem się, że mogłaby faktycznie wziąć i przekreślić wszystko, na swój sposób bezdusznie, ale też w pełny sposób usprawiedliwiony swoimi wyobrażeniami... Bo miała rację, miała cholerną rację, której nie chciałem się słuchać, mimo że wyruszyłem w tę podróż z kompletnie innym zamiarem. Przecież chciałem jej podziękować, że mnie otrzeźwiła, że zsunęła mnie do poziomu przyjaciela, że zbudowała mur... Mur, który sam zburzyłem, ponownie się z nią całować. I niczego nie żałowałem, ale... Ale tych łez u niej nie chciałem wywoływać.
Z lubością zanurzyłem się tuż za nią, chcąc zmyć z głowy te wszystkie myśli. Aż żałowałem, że woda nie wpłynęła mi jednym uchem by wypłynąć drugim, czyszcząc po drodze wszystko, zostawiając tylko pustą kartkę. Amnezję, tak niewinną i słodką. Co, gdybym wszystko zapomniał? Może byłoby nam lekko? Lżej... Czy raczej odesłałaby mnie grzecznie pod drzwi posiadłości Rookwoodów, zostawiając mnie na ich pastwę, pozbywając się również problemu?
Jedno było pewne, staczałem się coraz bardziej, gubiłem w tym mętliku myśli i uczuć. Niebawem niechybnie oszaleję.
Szedłem tuż za nią. Zaczynałem tchórzyć, nie chcąc słuchać tego, co miało zostać powiedziane. Nie byłem pewien, czy byłem przygotowany, czy w ogóle mógłbym kiedykolwiek być na to przygotowanym. Może zamiast osuszania, rzucić zaklęcie na utopienie się? Trochę bym pobulgotał i ucichł na wieki. Zdecydowanie lepiej by się paru osobom beze mnie żyło.
Zamknąłem na chwilę oczy, poważny, by zaraz machnąć różdżkę. Nie przepadałem za takim wymiętym ubraniem i chwilę walczyłem ze sobą, ale w końcu rzuciłem też zaklęcie na prasowanie. Wiedziałem, że źle bym się z tym czuł. Pewnie i tak już śmierdziałem rybami, więc przynajmniej nie będę wyglądał jak kloszard. Obejrzałem się, czy z tyłu też mniej więcej wszystko grało, po czym siadłem na trawie. Zaskoczony, że było tu tak spokojnie. Jakbyśmy zdążyli odjechać naprawdę daleko od cywilizacji.
Avelina siedziała tuż obok, inaczej nie wybrałbym miejsca na trawie, tylko pewnie na kładce. Nieistotne. Zastanawiałem się, czy powinienem ją objąć ramieniem, przytulić do siebie... Zdecydowanie mi nie leżało, żebyśmy siedzieli tak obok siebie i nic, bez dotyku, oddaleni na te nieznośne centymetry. Na szczęście i ku mojemu zaskoczeniu, ona drgnęła, kładąc głowę na moich kolanach. Przyjąłem to ostatecznie z ulgą, kładąc prawą dłoń na jej boku, który lekko pogładziłem, a drugą zaraz wyłapując zagubione pasma włosów z twarzy. Skubałem ją jak skrzat kurczaka. Milczała. Może też nie chciała tego wszystkiego mówić głośno? Może również wolała tkwić w kłamstwie, że nam się uda? Czy mogło nam się udać? Czy byłem na tyle odważny by zostawić wszystko za sobą i pójść z nią w niewiadome?
- Kiedy byłem mały, uciekałem z domu do ogrodu czytać książki, ale czasami kładłem się na ogrodowej kanapie i wpatrywałem się w niebo, obserwując te wszystkie chmury, które po nim przemykały... Niektóre szybciej, niektóre wolniej. O przeróżnych kształtach. Kiedyś widziałem smoka z chmur. Ział kolejną chmurą i chyba chciał zjeść chmurkową babeczkę - zacząłem delikatnie, patrząc chwilę gdzieś tam, w tamtym kierunku, gdzie mogła wędrować wzrokiem Avelina.
Absurdy bycia dzieckiem. Bywało mi wtedy ciężko, ale chyba wróciłbym do tamtych czasów i może po drodze zmienił kilka rzeczy. Chociażby moją przyszłość z Aveliną... Ciekawe, czy dziś mogłaby być panią Rookwood? Albo ja panem Paxton? Ojciec pewnie by mnie wydziedziczył, ale ciekawe czy bez rodowej fortuny dałbym sobie radę? Hah. Pewnie bym zginął marnie.