16.10.2023, 21:29 ✶
Nie - tak powiedział. Powiedziałem pieprzone nie. Po prostu nie, a zaraz, że nie powie mi niczego. Niczego ci nie powiem, ojcze - dokładnie tak to ujął, a ja sam nie wiedziałem, czy słyszałem w swojej głowie przeraźliwy ryk wściekłości, czy raczej niepokojącą, piszczącą uciążliwie ciszę, jak gdyby gwałtowny ruch, jakieś słowo czy skinienie... Jak gdyby coś wywiało z mojej głowy wszystko, a było tam po prostu nie. Jebane nie. Niczego ci nie powiem, ojcze. Niczego ci nie powiem.
Apokalipsa według Edwarda Prewetta, męczennika ojców utrapionych przez wybryki własnych dzieci, wystawiających tę ojcowską cierpliwość, anielską momentami, kiedy kontrolował sytuację... ALE JAK MIAŁEM JĄ DO CHOLERY KONTROLOWAĆ, SKORO NIC O NICH NIE WIEDZIAŁEM!?!?!?
Wstałem, stałem czy ki chuj. Dotarło do mnie, że stoję i myślę, że stoję i obijam się o myśli. Jedno było pewne, musiałem to sobie aż powtórzyć by bardziej nie wybuchnąć, bo to nawet nie była namiastka tego, na co było mnie stać. Skup się, Edward. Jedno było pewne - Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli. Tak, Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli, tylko trafiał na niepowołane niedogodności. Otóż to. Niepowołane niedogodności.
Wróciłem powoli na swoje miejsce, rozruszałem nieco mięśnie. Sprawdzałem, czy aby na pewno są na swoim miejscu, czy gdzieś może jednak nie zastygłem, czy się nie przewrócę z tego wszystko. Oddychanie przychodziło mi z trudem, a co dopiero oddychanie. To był jakiś żart, że własny syn, najdroższy Lorek, moje słońce najjaśniejsze Aż kuło nieznośnie w piersi, ale nie zamierzałem dać tego po sobie poznać. Bowiem Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli. Nawet nad własnym ciałem.
Wyprostowałem się dumnie, poważny, stając na powrót za swoim biurkiem, za swoim bogactwem, władzą i fosą. Wzrok miałem ciemny, gromisty czy mroczny. Nie mówiłem nic, tylko wbiłem spojrzenie w Laurenta. Nie chciałem, żeby czuł się jak śmieć, żeby był taki drobny i taki łatwy w moim myślach do zniszczenia, ale sam mnie do tego doprowadzał. Pragnąłem go kochać nieodparcie, spędzać z nim najlepsze chwile w naszym życiu, być powiernikiem jego tajemnic i obaw, a zamiast tego...
- Chciałem być waszej dwójce przyjacielem, kumplem, kimś, komu mogą zaufać... Ale najwyraźniej na to nie zasłużyłem. Poświęcałem wam każdą chwilę, którą chcieliście mi przeznaczyć, rzucałem wszystko i też cierpliwie czekałem, kiedy mieliście inne sprawy... Ale wy nie! Kogo we mnie widzisz, Laurencie? Kogo we mnie widzisz, synu? Bo nie ojca, nie przyjaciela, nie wsparcie. Kim dla was jestem?! - zapytałem, starając się panować nad wściekłością, nad rozpaczą, nad tym wszystkim, co się we mnie zbierało, ale nogi mi się uginały, głos drżał w pewnych momentach. - Nigdy nie chciałem dla was źle. Chciałem być częścią waszego świata, ale widzę, że jedyne na co was stać w stosunku do mnie, to zatajanie informacji, unikanie mnie i jeszcze obracanie moich ZMARTWIEŃ W ŻART! - wyrzuciłem z siebie, opierając się o biurko. Potrzebowałem oparcia jak nic, inaczej już dawno padłbym na fotel. Nie zamierzałem dawać Laurentowi tej satysfakcji, że wykańcza starego. Jeśli będzie trzeba, znajdę w sobie siłę, złapię za mieć i zetnę tyle głów, ile będzie trzeba. Nie byłem słaby i nigdy nie będę.
Apokalipsa według Edwarda Prewetta, męczennika ojców utrapionych przez wybryki własnych dzieci, wystawiających tę ojcowską cierpliwość, anielską momentami, kiedy kontrolował sytuację... ALE JAK MIAŁEM JĄ DO CHOLERY KONTROLOWAĆ, SKORO NIC O NICH NIE WIEDZIAŁEM!?!?!?
Wstałem, stałem czy ki chuj. Dotarło do mnie, że stoję i myślę, że stoję i obijam się o myśli. Jedno było pewne, musiałem to sobie aż powtórzyć by bardziej nie wybuchnąć, bo to nawet nie była namiastka tego, na co było mnie stać. Skup się, Edward. Jedno było pewne - Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli. Tak, Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli, tylko trafiał na niepowołane niedogodności. Otóż to. Niepowołane niedogodności.
Wróciłem powoli na swoje miejsce, rozruszałem nieco mięśnie. Sprawdzałem, czy aby na pewno są na swoim miejscu, czy gdzieś może jednak nie zastygłem, czy się nie przewrócę z tego wszystko. Oddychanie przychodziło mi z trudem, a co dopiero oddychanie. To był jakiś żart, że własny syn, najdroższy Lorek, moje słońce najjaśniejsze Aż kuło nieznośnie w piersi, ale nie zamierzałem dać tego po sobie poznać. Bowiem Edward Prewett nigdy nie tracił kontroli. Nawet nad własnym ciałem.
Wyprostowałem się dumnie, poważny, stając na powrót za swoim biurkiem, za swoim bogactwem, władzą i fosą. Wzrok miałem ciemny, gromisty czy mroczny. Nie mówiłem nic, tylko wbiłem spojrzenie w Laurenta. Nie chciałem, żeby czuł się jak śmieć, żeby był taki drobny i taki łatwy w moim myślach do zniszczenia, ale sam mnie do tego doprowadzał. Pragnąłem go kochać nieodparcie, spędzać z nim najlepsze chwile w naszym życiu, być powiernikiem jego tajemnic i obaw, a zamiast tego...
- Chciałem być waszej dwójce przyjacielem, kumplem, kimś, komu mogą zaufać... Ale najwyraźniej na to nie zasłużyłem. Poświęcałem wam każdą chwilę, którą chcieliście mi przeznaczyć, rzucałem wszystko i też cierpliwie czekałem, kiedy mieliście inne sprawy... Ale wy nie! Kogo we mnie widzisz, Laurencie? Kogo we mnie widzisz, synu? Bo nie ojca, nie przyjaciela, nie wsparcie. Kim dla was jestem?! - zapytałem, starając się panować nad wściekłością, nad rozpaczą, nad tym wszystkim, co się we mnie zbierało, ale nogi mi się uginały, głos drżał w pewnych momentach. - Nigdy nie chciałem dla was źle. Chciałem być częścią waszego świata, ale widzę, że jedyne na co was stać w stosunku do mnie, to zatajanie informacji, unikanie mnie i jeszcze obracanie moich ZMARTWIEŃ W ŻART! - wyrzuciłem z siebie, opierając się o biurko. Potrzebowałem oparcia jak nic, inaczej już dawno padłbym na fotel. Nie zamierzałem dawać Laurentowi tej satysfakcji, że wykańcza starego. Jeśli będzie trzeba, znajdę w sobie siłę, złapię za mieć i zetnę tyle głów, ile będzie trzeba. Nie byłem słaby i nigdy nie będę.