I nadszedł ten dzień. Dzień, w którym Avelina miała wieczorem ubrać się ładnie i wybrać na kolację z Augustusem. Nienawidziła tej myśli, że miała u niego dług, że musiała go spłacić i się z nim spotkać. Nadal nie rozumiała, dlaczego pojawił się w jej życiu dopiero teraz. Dopiero teraz zachciało mu się odnawiać przyjaźń. Dodawała ostatni składnik do eliksiru, który miał się teraz gotować na wolnym ogniu przez około godzinę. Jej włosy nie były w najlepszej kondycji od pary, która tworzyła się przez wrzący napar. Westchnęła ciężko próbując oczyścić głowę z myśli o Rookwoodzie. Musiała się jakoś uspokoić, a myśl o tym, że za kilka godzin znowu spędzi sam na sam z tamtym parszywcem w niczym nie pomagała. Klientów dzisiaj było naprawdę mało, a to powodowało, że nie miała z kim porozmawiać, kogo wysłuchać, komu doradzić, więc zostawała z tym wszystkim sama. Siedziała tutaj od czwartej rano, więc była już trochę zmęczona. Miała wyjść do domu o dwunastej, a wtedy zająłby się apteką jej szef.
Gdy usłyszała dzwonek od drzwi informujący, że ktoś wchodził podeszła szybko do lustra, aby ogarnąć chociaż trochę swój wygląd. Był po części wizytówką tego miejsca, robił pierwsze wrażenie, a ona lubiła przyciągać tutaj ludzi, aby kupowali jak najwięcej. Słysząc znajomy głos zmarszczyła brwi. Nie mogła sobie przypomnieć skąd go kojarzy. Idę! Krzyknęła zza zaplecza i ostatecznie wyłoniła się. Miała na sobie szary fartuch, który miał chronić ją przed poplamieniem, gdyby zawartość kociołka na nią chlupnęła podczas gotowania, czarną bluzkę, której rękawki miała podwinięte do łokci oraz szerokie spodnie w kolorze ciemnej zieleni. Wolała się do pracy ubierać w bardziej ciemne kolory, aby czegoś nie poplamić.
– Stanley? – posłała mu jeden ze swoich enigmatycznych, krótkich uśmiechów. – Cześć, co ci potrzeba? – zapytała. Wczoraj pytała o niego Sauriela, a dzisiaj ten był u niej. Ciekawe, czy to jego sprawka.