Stała tak sobie niczym zmokła kura pod niewielkim daszkiem, który znajdował się nad wejściem do kamienicy. Jak na złość wcale nie wyglądało na to, że te chmury szybko znikną. Nawałnica zaczęła się na dobre, trochę jej to popsuło plany. Będą sobie musieli poradzić w klubokawiarni bez niej. Nadal miała pewne obawy, jeśli chodzi o zostawianie tam Wendy samej, nie do końca była przekonana do kompetencji swojej pracownicy, jednak czasami nie miała innego wyjścia. Zdecydowanie brakowało jej też Salema - jej koci przyjaciel naprawdę bardzo angażował się w działanie cukierni, szkoda ogromnie, że zginął śmiercią tragiczną podczas Beltane. Nowa kotka, którą dostała od rodziny jeszcze nie wykazywała takich przedsiębiorczych umiejętności. Wierzyła, że z czasem nabierze doświadczenia (mimo, że nic nie wskazywało na to, że w ogóle ma ochotę się nieco zaangażować). Wcale nie tak łatwo było oswoić sobie kocią przyjaciółkę, przy okazji zajmując się klubokawiarnią, działając prężnie jako pomoc dla kolegów i koleżanek z organizacji, a przy okazji być matką ośmioletniej pannicy. Miała dużo na głowie, zdecydowanie za dużo, jednak starała się nie dawać po sobie tego poznać. Zaciskała zęby i szła przed siebie, może mniej spała, była trochę bledsza, ale robiła dobrą minę do złej gry. Jak zawsze - nie znosiła pokazywać innym, że sobie nie radzi.
Ten deszcz spowodował, że zatrzymała się na moment. Musiała, nie zamierzała pozwolić, żeby trafił w nią jakiś piorun, jeszcze tylko tego brakowało jej do szczęścia.Taki oddech powinien dobrze jej zrobić, może miejsce, w którym przyszło jej się znaleźć nie było szczególnie atrakcyjne, a wiatr nieco za mocno muskał jej twarz, ale mogła zaczerpnąć świeżego powietrza, także metaforycznie.
Przesunęła się o krok, gdy tuż przed nią pojawił się mężczyzna. Zapewne chciał się dostać do swojego mieszkania. Aleja Horyzontalna była miejscem w Londynie, gdzie mieszkała większość czarodziejów. Wolną ręką odgarnęła sobie mokre pasma włosów, które opadały jej na twarz. Obserwowała go dyskretnie nawet nieco zazdroszcząc, że znalazł się już blisko swojego mieszkania, bo śmiało założyła, że tak właśnie jest. Też zmókł, ulewa i jego musiała zaskoczyć, tak jak całą masę innych magów.
Kiedy się do niej odezwał już nieco odważniej spojrzała w jego kierunku, wcześniej robiła to raczej dyskretnie, nie do końca chcąc zostać przyłapaną na podglądaniu. Zatrzymała spojrzenie na jego twarzy. Wyglądała znajomo. Dotarło do niej, kto przed nią stoi. Nie była może ogromną fanką qudidditcha, ale nie można jej było uznać za ignorantkę. Do tego śledziła wszelkie czasopisma, w których mogła znaleźć jakieś informacje o swoich najbliższych (Erik bardzo często gościł na pierwszych stronach gazet). Udało jej się ułożyć w głowie kilka faktów na temat mężczyzny, który się przed nią znajdował. Pamiętała go jeszcze z Hogwartu, byli na jednym roku, aczkolwiek w innych domach. Oczywiście trafił do Gryffindoru, który przyciągał do siebie osoby jego pokroju. Głośne, zawsze otoczone wianuszkiem znajomych. Figg zawsze trochę zazdrościła tym, którzy trafiali do tych wszystkich domów, ona sama znalazła się tam, gdzie było miejsce wszystkich, którzy nie wyróżniali się niczym specjalnym, pogodziła się z tym już dawno temu. Wiedziała, że jest raczej nijaka i nie posiada wybitnego talentu magicznego.
- Nie boisz się, że zdemoluję wam klatkę schodową? - Zażartowała, a przynajmniej próbowała zażartować. - Dziękuję. - Powiedziała jeszcze, po czym postanowiła skorzystać z okazji. Za drzwiami nie powinno tak wiać, może uda jej się trochę doprowadzić do porządku. - Nie spodziewałam się, że tak nagle rozpęta się piekło. - Rozmowy o pogodzie zawsze przełamywały lody, dlatego też przeszła do tego tematu. Ciekawe, że też los zesłał jej dzisiaj na drogę właśnie jego.