17.10.2023, 19:26 ✶
Niewidoczne połączenie ze statkiem nie było w żadnym stopniu przyjemne i kiedy tylko dawało o sobie znać, przełykałem z niepokojem ślinę. Zjadał nas, wysysał, wysuszał. Żerował żeby utrzymać się na powierzchni, żeby zatonąć i za rok wrócić z naszymi truchłami ponownie na powierzchnię. Niefajnie.
Siła, która nas wzniosła w powietrze i odstawiła kawałek dalej była jak najbardziej niepokojąca, jak i również zachowanie ducho-aurora takim było. Nie podobało mi się to ani trochę, a niebawem, już za drobną chwilę, kiedy tylko do mnie dotrze, co się dzieje, co będę musiał uczynić, bo ktoś zniszczył już perły, kompletnie miało mi się wywrócić w żołądku. Super sprawa. Nie musieliśmy nigdzie chodzić, sprawa sama się rozwiązywała, tylko że wtedy padły strategiczne słowa z aurorskich nienaturalnie transparentnych ust - dobijcie Marianne.
Wypuściłem ze świstem powietrze ze swoich ust i to już nie było działanie statku, tylko mojego własnego ciała. Nie będzie mi statek mówił jak mam żyć [chyba że inna wola będzie MG]! Nie będzie los śmiał mi się w twarz!
A jednak. Odwróciłem się w kierunku kobiety, można powiedzieć nawet, że dziewczyny, niewinnego dziewczęcia. Miała na imię Marianne. Czy żyła? Można by polemizować. Czy można było ją zabić? Jak to ujął duch, dobić? Czy też zakończyć jej agonię? Jak najbardziej. Serce wciąż jej biło, wciąż oddychała.
Drgnąłem w jej kierunku, ale się zawahałem. Ręce mi drżały, ale trzymałem je sztywno wzdłuż ciała. Może lepiej by przy nim pozostały? Nie ruszały się? Nie walczyły o nasze życie...? Musiałem o nas walczyć. Musiałem to zrobić. Dziewczyna i tak była już martwa. Sam stwierdziłem chwilę wcześniej, że ewidentnie tylko magia trzymała ją przy życiu! Wykrwawiła się już po wsze czasy, ledwo oddychała i pozostawała nieprzytomna. Wiedziałem, że jeśli dobrze to rozegram, to nawet nic nie poczuje. Odpłynie, odpłynie już na wieczność.
A jednak się zawahałem. Nie byłem mordercą. Co prawda, tego ode mnie oczekiwano. I niejednokrotnie sobie wyobrażałem tę chwilę, ale nijak ona się miała do tej sytuacji. Była kompletnie inna. Mniej brutalna, spokojniejsza. Nie było w tym agresji, tylko akt listości. Zdecydowanie.
Kto wie? Może tak naprawdę los ze mnie nie kpił, tylko był mi łaskawy? Oczywistym było, że to moja próba. Nie Aveliny. Właśnie, Avelina... Nie mogła na to patrzeć. Po prostu nie mogła. Ręce mi się trzęsły i nie chciałem by patrzyła, jak się boję, jak waham, a przede wszystkim jak odbieram komuś życie. Sam nie byłem pewien, czy wytrwam, czy będę w stanie na to patrzeć. Czy w ogóle dam radę. Czy potrafię. Czy jestem synem swego ojca. Ot, taki sobie lament mojej niepewności siebie, tchórzostwa, strachu.
- Avelino, wyjdź stąd - rzuciłem stanowczo, pomimo strachu i niepewności, który kłębił się we mnie w coraz to większych pokładach. Nie patrzyłem na nią. Nie chciałem by dostrzegła cokolwiek w moich oczach.
Siła, która nas wzniosła w powietrze i odstawiła kawałek dalej była jak najbardziej niepokojąca, jak i również zachowanie ducho-aurora takim było. Nie podobało mi się to ani trochę, a niebawem, już za drobną chwilę, kiedy tylko do mnie dotrze, co się dzieje, co będę musiał uczynić, bo ktoś zniszczył już perły, kompletnie miało mi się wywrócić w żołądku. Super sprawa. Nie musieliśmy nigdzie chodzić, sprawa sama się rozwiązywała, tylko że wtedy padły strategiczne słowa z aurorskich nienaturalnie transparentnych ust - dobijcie Marianne.
Wypuściłem ze świstem powietrze ze swoich ust i to już nie było działanie statku, tylko mojego własnego ciała. Nie będzie mi statek mówił jak mam żyć [chyba że inna wola będzie MG]! Nie będzie los śmiał mi się w twarz!
A jednak. Odwróciłem się w kierunku kobiety, można powiedzieć nawet, że dziewczyny, niewinnego dziewczęcia. Miała na imię Marianne. Czy żyła? Można by polemizować. Czy można było ją zabić? Jak to ujął duch, dobić? Czy też zakończyć jej agonię? Jak najbardziej. Serce wciąż jej biło, wciąż oddychała.
Drgnąłem w jej kierunku, ale się zawahałem. Ręce mi drżały, ale trzymałem je sztywno wzdłuż ciała. Może lepiej by przy nim pozostały? Nie ruszały się? Nie walczyły o nasze życie...? Musiałem o nas walczyć. Musiałem to zrobić. Dziewczyna i tak była już martwa. Sam stwierdziłem chwilę wcześniej, że ewidentnie tylko magia trzymała ją przy życiu! Wykrwawiła się już po wsze czasy, ledwo oddychała i pozostawała nieprzytomna. Wiedziałem, że jeśli dobrze to rozegram, to nawet nic nie poczuje. Odpłynie, odpłynie już na wieczność.
A jednak się zawahałem. Nie byłem mordercą. Co prawda, tego ode mnie oczekiwano. I niejednokrotnie sobie wyobrażałem tę chwilę, ale nijak ona się miała do tej sytuacji. Była kompletnie inna. Mniej brutalna, spokojniejsza. Nie było w tym agresji, tylko akt listości. Zdecydowanie.
Kto wie? Może tak naprawdę los ze mnie nie kpił, tylko był mi łaskawy? Oczywistym było, że to moja próba. Nie Aveliny. Właśnie, Avelina... Nie mogła na to patrzeć. Po prostu nie mogła. Ręce mi się trzęsły i nie chciałem by patrzyła, jak się boję, jak waham, a przede wszystkim jak odbieram komuś życie. Sam nie byłem pewien, czy wytrwam, czy będę w stanie na to patrzeć. Czy w ogóle dam radę. Czy potrafię. Czy jestem synem swego ojca. Ot, taki sobie lament mojej niepewności siebie, tchórzostwa, strachu.
- Avelino, wyjdź stąd - rzuciłem stanowczo, pomimo strachu i niepewności, który kłębił się we mnie w coraz to większych pokładach. Nie patrzyłem na nią. Nie chciałem by dostrzegła cokolwiek w moich oczach.