Avelina przyglądała się dziewczynie leżącej na łóżku z uwagą. Chciała dostrzec sposób, w który mogliby wszystkim pomóc. Może jak ją obudzą to wszyscy też się obudzą? Może uda się to wszystko powstrzymać? Zachwiała się gwałtownie, gdy zadziało się to coś dziwnego, a potem dostrzegła, że w tym samym czasie Marianne odetchnęła. Avelina nie czuła się za dobrze przez to, że jej własny oddech nie chciał się jej słuchać, oddychał wolno. Bała się, że im dłużej tu zostaną to już nigdy tego miejsca nie opuszczą. Nie chciała tu utknąć.
Gdy usłyszała wrzask odwróciła się w stronę drzwi, a potem spojrzała na Rookwooda i ducha. Patrzyła na nich z lekkim przestrachem, ale milczała. Póki co. Gdy duch powiedział, że mają dobić Marianne dla Aveliny nagle czas się zatrzymał. Jak miała zabić dziewczynę, która nie miała nawet jak się bronić. Ona już była w pewnym sensie martwa, ale Ave tego nigdy nie zrobi. Pokręciła głową, chciała powiedzieć, że może jest jakiś inny sposób, ale jej wzrok padł na Augustusa.
– Ty to serio rozważasz? – zapytała ostro łapiąc go za przedramię. – Nigdzie nie idę, nie możesz tego zrobić. Pokonajmy najpierw Fawley, może nie musisz… – zmarszczyła brwi patrząc na niego uważnie. Wiedziała, że Rookwood miał mocno zachwiany kompas moralny. Avelina też nie była święta, ale nie potrafiłaby zabić kogoś kto się nie może bronić. W prawdzie chciała się już stąd wydostać, chciała uratować swoich przyjaciół, ale nie chciała odbierać nikomu życia. Czuła się winna tej sytuacji, w końcu Augustus jej mówił, że ma się tu nie wybierać. Cofnęła się od niego czując się podle, bo wiedziała, że to jej wina.