17.10.2023, 20:21 ✶
Mrok wyciągał po mnie swoje ręce już nie pierwszy raz. I ten mój Mroczny Znak... Już właściwie byłem dzieckiem mroku, tylko niepotrzebnie się temu opierałem, niepotrzebnie walczyłem, zamiast się temu poddać i poczuć w sobie tę siłę, tę władzę, wszechmocność. Mogłem być panem życia i śmierci, ale kuliłem się w sobie, wątpiąc we wszystko, co byłem w stanie zrobić. Mogłem to zrobić, uwierzyć w siebie i pochłonąć swą niewinność totalnie. I to swoją drogą, piękne kłamstwo, piękny żart, bo niewinny nie byłem już od dawna, biorąc udziały w atakach, a odebranie życia...? Odebranie życie to tylko kolejny, drobny krok, czyż nie?
Kurde, tylko czemu serce waliło mi jak szalone? Czemu tak ciężko było mi to zrobić? Czemu jednocześnie było mi lodowato i duszno? Traciłem rezon, kiedy tylko trzeba było kogoś zabić. Bałem się tego cholernie. Bałem się oglądać uchodzące życie. Bałem się posmakować uczucia odebrania komuś życia. Bałem się, że to mnie pochłonie, że stanę się kimś innym... Że nie będę już sobą.
I to znowu do mnie wracało, choć myślałem, że będę miał to z głowy do czasu kolejnej misji od Ojca czy też Czarnego Pana, ale Avelina i jej głupia decyzja zmuszała mnie do tego tu i teraz, a nie miałem innego wyjścia, nie mogłem się zastanawiać, czy jestem na to gotowy, czy może Vespera rzuci za mnie odpowiednie zaklęcie. Nie było jej tu. Czemu jej tu nie było? Czemu mnie zostawiła samego sobie? Czemu wyprowadziła się do innego domu? Do innego mężczyzny? Mieliśmy już na zawsze być razem, a zamiast tego byłem z tym sam.
Poczułem dłoń Aveliny na swoim ramieniu. Nie chciałem, tak bardzo nie chciałem, by robiła mi pod górkę, szczególnie że i tak już miałem stromo. To była mroczna magia. Ona tego nie rozumiała, ona tego nie znała. Wszystko było ze sobą połączone niczym misterny rytuał, a skoro auror będący tu parę dobrych lat mówił, że trzeba to zrobić, trzeba było to zrobić.
- Nie myśl o tym. Na Merlina, nie myśl nic - odparłem, łapiąc ją drugą ręką za jej ramię. Nie chciałem być gwałtowny, ale samo tak się stało. Czas pędził. Trzeba było zrobić to co nieuniknione, więc szarpnąłem Aveliną by puściła moje ramię. Nie czekałem, czy coś powie, a jeśli coś mówiła, nie zamierzałem dyskutować, po prostu popchnąłem ją w kierunku drzwi. Zanim je zatrzasnąłem przed jej twarzą, powiedziałem jedynie:
- Czekaj na mnie. - Rzuciłem jej tylko jedno, przelotne spojrzenie. Zatroskane? Z pewnością, ale może bardziej przerażone.
Sam wróciłem szybkim krokiem do Marianne, właściwie do niej podbiegłem. Chciałem to zrobić nim się rozmyślę, nim w ogóle zacznę myśleć. Pozostawała nieprzytomna. Miała zamknięte oczy. Miało to swój plus, bo nie będę widział jak gaśnie w niej życie. Zawsze sobie wyobrażałem, nad wyraz sadystycznie, że będę patrzył w te oczy, te zanikające życie, ale nie miało tak być. To dobrze.
Wyciągnąłem drżącą dłoń w jej kierunku. Wiedziałem, gdzie ma serce. Było dokładnie w tym miejscu, gdzie niepewnie przyłożyłem swoją dłoń. Być może czułem nawet pod palcami jego słabe bicie, ostatnie uderzenia. Pomyślałem, tak przelotnie, że za chwilę ten zegar stanie. Dramatyzm sam w sobie.
Skupiłem się na sercu Marianne. To tam chciałem dotrzeć swoją magią bezróżdżkową. Chciałem za pomocą nekromatycznych umiejętności ująć jej serce i je zgnieść, zmiażdżyć, wycisnąć z niego życie. Szybko, gwałtownie, mając nadzieję, że już nic nie wymknie się spomiędzy jej warg, żaden krzyk czy westchnienie.
Rzuty na nekromancję; zamierzam zmiażdżyć serce Marianne za pomocą magii bezróżdżkowej
Kurde, tylko czemu serce waliło mi jak szalone? Czemu tak ciężko było mi to zrobić? Czemu jednocześnie było mi lodowato i duszno? Traciłem rezon, kiedy tylko trzeba było kogoś zabić. Bałem się tego cholernie. Bałem się oglądać uchodzące życie. Bałem się posmakować uczucia odebrania komuś życia. Bałem się, że to mnie pochłonie, że stanę się kimś innym... Że nie będę już sobą.
I to znowu do mnie wracało, choć myślałem, że będę miał to z głowy do czasu kolejnej misji od Ojca czy też Czarnego Pana, ale Avelina i jej głupia decyzja zmuszała mnie do tego tu i teraz, a nie miałem innego wyjścia, nie mogłem się zastanawiać, czy jestem na to gotowy, czy może Vespera rzuci za mnie odpowiednie zaklęcie. Nie było jej tu. Czemu jej tu nie było? Czemu mnie zostawiła samego sobie? Czemu wyprowadziła się do innego domu? Do innego mężczyzny? Mieliśmy już na zawsze być razem, a zamiast tego byłem z tym sam.
Poczułem dłoń Aveliny na swoim ramieniu. Nie chciałem, tak bardzo nie chciałem, by robiła mi pod górkę, szczególnie że i tak już miałem stromo. To była mroczna magia. Ona tego nie rozumiała, ona tego nie znała. Wszystko było ze sobą połączone niczym misterny rytuał, a skoro auror będący tu parę dobrych lat mówił, że trzeba to zrobić, trzeba było to zrobić.
- Nie myśl o tym. Na Merlina, nie myśl nic - odparłem, łapiąc ją drugą ręką za jej ramię. Nie chciałem być gwałtowny, ale samo tak się stało. Czas pędził. Trzeba było zrobić to co nieuniknione, więc szarpnąłem Aveliną by puściła moje ramię. Nie czekałem, czy coś powie, a jeśli coś mówiła, nie zamierzałem dyskutować, po prostu popchnąłem ją w kierunku drzwi. Zanim je zatrzasnąłem przed jej twarzą, powiedziałem jedynie:
- Czekaj na mnie. - Rzuciłem jej tylko jedno, przelotne spojrzenie. Zatroskane? Z pewnością, ale może bardziej przerażone.
Sam wróciłem szybkim krokiem do Marianne, właściwie do niej podbiegłem. Chciałem to zrobić nim się rozmyślę, nim w ogóle zacznę myśleć. Pozostawała nieprzytomna. Miała zamknięte oczy. Miało to swój plus, bo nie będę widział jak gaśnie w niej życie. Zawsze sobie wyobrażałem, nad wyraz sadystycznie, że będę patrzył w te oczy, te zanikające życie, ale nie miało tak być. To dobrze.
Wyciągnąłem drżącą dłoń w jej kierunku. Wiedziałem, gdzie ma serce. Było dokładnie w tym miejscu, gdzie niepewnie przyłożyłem swoją dłoń. Być może czułem nawet pod palcami jego słabe bicie, ostatnie uderzenia. Pomyślałem, tak przelotnie, że za chwilę ten zegar stanie. Dramatyzm sam w sobie.
Skupiłem się na sercu Marianne. To tam chciałem dotrzeć swoją magią bezróżdżkową. Chciałem za pomocą nekromatycznych umiejętności ująć jej serce i je zgnieść, zmiażdżyć, wycisnąć z niego życie. Szybko, gwałtownie, mając nadzieję, że już nic nie wymknie się spomiędzy jej warg, żaden krzyk czy westchnienie.
Rzuty na nekromancję; zamierzam zmiażdżyć serce Marianne za pomocą magii bezróżdżkowej
Rzut Z 1d100 - 52
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!