Patrzyła na niego z wyczekiwaniem. Widziała jak coś w jego oczach się zmienia, a to powodowało, że w Avelinie zaczynała narastać obawa. Nie chciała, aby zabijał, nie chciała, aby wchodził na tą złą ścieżkę. Nie wiedziała jednak, że on już dawno na niej był. Gdyby wiedziała… no właśnie, co by to zmieniło? Ona nic nie mogła w tej kwestii poradzić. Był od niej silniejszy, potężniejszy, odrobinę straszniejszy. Odepchnął ją, a to cholernie zabolało. Nie miała zamiaru jednak płakać.
– Kurwa! Rookwood! – krzyknęła na niego nie zważając na to, czy Fawley ich usłyszy. Chciała mu się wyrwać, chciała mu nie pozwolić wyrzucić jej stąd. Chciała przy nim być. Wesprzeć go i przekonać, że na pewno jest inny sposób. Nie musi używać przemocy, ale on jej nie słuchał. Wyrzucił ją za drzwi i je zamknął. Jego oczy były czymś, co zapamięta do końca życia. Mogła je otworzyć, mogła tam wejść, ale się bała. Pierwszy raz chyba bała się tak tego człowieka. Pokręciła z niedowierzaniem głową. Nie była na niego zła, ani wściekła, nie nienawidziła go. Było jej go żal. Dotknęła drzwi, a potem odwróciła się do nich plecami. Bała się. Okropnie się bała i czuła się źle, że chciał to zrobić, że nie chciał znaleźć innego sposobu.
Nie miała zamiaru tu na niego czekać. Zacisnęła dłonie na swojej różdżce, knykcie jej aż zbielały i ruszyła z powrotem korytarzem do atrium. Nie chciała czekać, aż on wyjdzie oznajmiając jej, że pacjentka zmarła. Została dobita. Wiedziała, że nie miała szans z Fawley, ale może uda jej się ją uspokoić, przekonać, że nie ma szans na to, aby Marianna przeżyła.