– Obojętnie. Jak dla mnie to możesz im kazać przepisywać podstawę do wróżbiarstwa – numerologia, wróżbiarstwo… Numerologia zdaniem Victorii miała znacznie więcej sensu, a wróżbiarstwo brała z dużą dozą sceptycyzmu. To zdecydowanie nie była jej dziedzina i po roku nauki (który wzięła z ciekawości) zrezygnowała na rzecz bardziej praktycznych i jej zdaniem ciekawszych zajęć. – Albo całe ustępy o wojnach goblińskich – to się potrafiło czasem śnić po nocach, usypiający głos profesora Binnsa, i nagle budzisz się w połowie zdania, 30 lat później, ale nadal w tej samej wojnie. Może to byłaby odpowiednia kara? Przytargać do aresztu ducha „umilacza czasu”, który zadręczy ich swoim gadaniem? Nie zdążyła jednak podzielić się tą błyskotliwą myślą z Brenną, bo wtem zobaczyła ruch na ścieżce, a dotyk dłoni Brenny uświadomił jej, że ona również musiała to zobaczyć. Lestrange zacisnęła mocniej dłoń na różdżce, nadal leżąc plackiem na dachu, żeby mieć pewność, że ta podstępem nie wyślizgnie jej się z dłoni.
– Tak – odszepnęła krótko, nie chcąc wydawać z siebie więcej niepotrzebnych dźwięków, kiedy ciemne oczy wpatrzyły się w poruszający się kształt. Jeden krok, drugi krok. Victoria wiedziała, tak samo jak Brenna, że kluczowe jest tutaj odpowiednie wyczucie czasu, bo inaczej może im zwiać. Z drugiej strony – czy gdyby potrafił się teleportować, to nie teleportowałby się aż pod drzwi? Z trzeciej strony – może nie spodziewał się ataku, choć z pewnością był przygotowany na ewentualność wykrycia. Tylko czy przewidział, że brygada zadziała tak szybko? W kilkanaście godzin po zupełnie przypadkowym złapaniu kłusowników grasujących po lesie? Mężczyźni zupełnie nie spodziewali się, że o takiej godzinie wpadną na dwie pannice i że to będą kobiety pracujące dla Ministerstwa.
Victoria również zdawała się być niczym rzeźba, kiedy tak zamarł, powtarzając sobie w myślach, że to tylko trzy, może cztery metry nad ziemią, że się teleportuje, i że to nie jest teraz ważne, a ten… facet. Bo to z pewnością był mężczyzna. Starała się oddychać najciszej jak tylko mogła, nie wydać z siebie żadnego niepotrzebnego dźwięku…
W pobliżu zahuczała sowa. Zaszeleściły liście drzewa i mężczyzna zatrzymał się, kilka kroków od drzwi, zapalając światło różdżki i spojrzał w tamtym kierunku, wpatrzył się… Chyba trochę zbyt długo, tak jakby… dostrzegając tam w cieniu coś dużego… Biednego Apollo. Ruch jaki zrobił mężczyzna był nagły, jego różdżka wycelowała w drzewo, posyłając tam być może prewencyjną drętwotę, skoro wybrał to, zamiast salwować się ucieczką.
Ale to wystarczyło, by Victoria, zgodnie z planem, się teleportowała.
Facet – transmutacja, drętwota w Apollo
Sukces!
Sukces!