12.11.2022, 15:22 ✶
- ...w istocie. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że wypala ciebie z gobelinu. Chyba że nie wiem, zbratałbyś się z mugolami? – mruknęła i parsknęła cicho. Rozwód. Tak, to brzmiało jak jej ojciec. W końcu małżeństwo zaaranżowane, sojusz między rodami i tak dalej, w momencie zaś, gdyby Black przestał być Blackiem – to co wtedy za sojusz? - Zapewne tak by było. Niemniej na razie nie mamy co się tym martwić – skwitowała, nie zaprzątając sobie głowy tym, że wizja ta mogłaby być prawdziwą; rozpatrywała ją teraz w czysto abstrakcyjnych kategoriach.
- No tak – westchnęła cicho – Chociaż może nawet tak lepiej – dodała z pewną zadumą. Jedna rzecz – tracić coś, do czego się przywiązało. Inna całkiem – gdy spomiędzy palców wysmykało się coś, o czym prawie się już nie pamiętało. Choć tak po prawdzie, Eunice na dzieciach nie znała się wcale i nie miała pojęcia, że brak matki w ten czy inny sposób i tak zapewne odciśnie piętno. Choć wciąż, pewnie lepiej tak niż pamiętać jej chorobę.
Za oferowany kieliszek ładnie podziękowała, odbierając go od brata i nie omieszkała, bynajmniej, zamoczyć warg w trunku; zresztą, procenty miały to do siebie, że w umiarkowanej ilości ułatwiały wiele spraw. A przynajmniej zdawały się ściągać z barków najróżniejsze ciężary.
I oto nagle do ich małego grona dołączyła kolejna twarz, w dość… wypadkowy sposób. Aż przymrużyła ślepia, upewniła się szybko, że Perseusowi nic się nie stało – no, wyglądało, że raczej nie – po czym uważnie przyjrzała się mało uważnej kobiecie. I jeszcze najwyraźniej znała jej męża – choć to akurat nie wywołało żadnego alarmu; w końcu jako magipsychiatra z pewnością znał wiele osób. Nie wnikała w to.
Nawet jeśli okazywało się, że to była Elaine – kojarzyła ją z Munga. W końcu pracowała na wydziale zatruć, a z czego Eunice robiła specjalizację? No właśnie.
- Witaj, Elaine – wyrzekła miękko – Miło, że mogłaś dziś przyjść – wyrzekła, pomijając całkiem aspekty pracy w tym samym miejscu, nie widząc potrzeby, żeby to wyciągać tu i teraz. W każdym razie, z grafikami było różnie – ktoś zawsze musiał czuwać. Tego dnia tym kimś najwyraźniej nie była Delacour.
- Przede wszystkim z zegarem. On musi być nasz – stwierdziła tonem sugerującym, że ten fant sobie upatrzyła i nie planowała odpuścić ani o jotę. Miała już nawet na niego gotowe miejsce i była pewna, że będzie się prezentował o wiele lepiej niż ta cholerna waza od Daphne, tak irytująco kłująca w oczy.
Rzucała co jakiś czas spojrzenia wokół siebie, żeby sprawdzić, co działo się obok na sali balowej. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wychwyciła siostrę… tyle że w bardzo interesującym momencie – wskazywała na nią samą palcem. Hm. Ale też zaraz pomachała, więc po prostu posłała Eden uśmiech i skupiła się z powrotem na prowadzonej rozmowie. Oho, brat rzucił interesującą sugestią (przez co posłała mu charakterystyczny uśmiech), a Perseus...
- Czyżbym jednak nie tylko ja decydowała, z czym wrócimy do domu? – zażartowała lekkim tonem, nie uciekając z objęć męża. Z boku wyglądali chyba na wręcz idealną parę. Zaś gdy w końcu pojawił się JEJ zegar, niezwłocznie przystąpiła do licytacji, mając zamiar wygrać za wszelką cenę.
- No tak – westchnęła cicho – Chociaż może nawet tak lepiej – dodała z pewną zadumą. Jedna rzecz – tracić coś, do czego się przywiązało. Inna całkiem – gdy spomiędzy palców wysmykało się coś, o czym prawie się już nie pamiętało. Choć tak po prawdzie, Eunice na dzieciach nie znała się wcale i nie miała pojęcia, że brak matki w ten czy inny sposób i tak zapewne odciśnie piętno. Choć wciąż, pewnie lepiej tak niż pamiętać jej chorobę.
Za oferowany kieliszek ładnie podziękowała, odbierając go od brata i nie omieszkała, bynajmniej, zamoczyć warg w trunku; zresztą, procenty miały to do siebie, że w umiarkowanej ilości ułatwiały wiele spraw. A przynajmniej zdawały się ściągać z barków najróżniejsze ciężary.
I oto nagle do ich małego grona dołączyła kolejna twarz, w dość… wypadkowy sposób. Aż przymrużyła ślepia, upewniła się szybko, że Perseusowi nic się nie stało – no, wyglądało, że raczej nie – po czym uważnie przyjrzała się mało uważnej kobiecie. I jeszcze najwyraźniej znała jej męża – choć to akurat nie wywołało żadnego alarmu; w końcu jako magipsychiatra z pewnością znał wiele osób. Nie wnikała w to.
Nawet jeśli okazywało się, że to była Elaine – kojarzyła ją z Munga. W końcu pracowała na wydziale zatruć, a z czego Eunice robiła specjalizację? No właśnie.
- Witaj, Elaine – wyrzekła miękko – Miło, że mogłaś dziś przyjść – wyrzekła, pomijając całkiem aspekty pracy w tym samym miejscu, nie widząc potrzeby, żeby to wyciągać tu i teraz. W każdym razie, z grafikami było różnie – ktoś zawsze musiał czuwać. Tego dnia tym kimś najwyraźniej nie była Delacour.
- Przede wszystkim z zegarem. On musi być nasz – stwierdziła tonem sugerującym, że ten fant sobie upatrzyła i nie planowała odpuścić ani o jotę. Miała już nawet na niego gotowe miejsce i była pewna, że będzie się prezentował o wiele lepiej niż ta cholerna waza od Daphne, tak irytująco kłująca w oczy.
Rzucała co jakiś czas spojrzenia wokół siebie, żeby sprawdzić, co działo się obok na sali balowej. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wychwyciła siostrę… tyle że w bardzo interesującym momencie – wskazywała na nią samą palcem. Hm. Ale też zaraz pomachała, więc po prostu posłała Eden uśmiech i skupiła się z powrotem na prowadzonej rozmowie. Oho, brat rzucił interesującą sugestią (przez co posłała mu charakterystyczny uśmiech), a Perseus...
- Czyżbym jednak nie tylko ja decydowała, z czym wrócimy do domu? – zażartowała lekkim tonem, nie uciekając z objęć męża. Z boku wyglądali chyba na wręcz idealną parę. Zaś gdy w końcu pojawił się JEJ zegar, niezwłocznie przystąpiła do licytacji, mając zamiar wygrać za wszelką cenę.
505/1169