18.10.2023, 01:22 ✶
Na Laurenta trudno było się złościć, poziom jego uroku osobistego wykraczał poza skalę. Byłaby skłonna wybaczyć mu wszystko, zwłaszcza jeśli robią swoją niewinną minę. Rozumiała, co Brenna miała na myśli. Ciemne oczy ponownie przesunęły po twarzach pracownic Ministerstwa, a sama Pandora kiwnęła głową.
- Wtedy się na mnie pogniewa Atre.. Niech to będzie nasz mały sekret? - poprosiła go z uroczą miną, ciesząc się, że twarz mu złagodniała nieco i udało się jej rozbawić. Wiedziała, że też się martwił, a do tego jako auror, miał pewnie tysiące rzeczy i paskudnych morderstw na głowie. Prawda była taka, że był jej ulubionym kuzynem, głównie przez to, jaki był pozytywny i jak łatwo wywoływał u ludzi uśmiech.
Nie myślała o jej animagii, chciała po prostu, aby Brenna się wyspała, a Atreus pomimo bycia kobieciarzem, nie tknąłby żadnej Pani bez jej zgody, więc o to była spokojna. Zresztą, cóż za przyjemność spać na dworze? Znając ją, całą noc by czuwała i biegała dookoła Laurentowego domku, towarzysząc mechanicznym świetlikom, które chciała wypuścić.
- Brenna, jesteś takim dobrym człowiekiem. - mruknęła pod nosem, szeptem praktycznie, pełnym wdzięczności. Gdyby miała wskazać osobę najbardziej bezinteresowną i pomocną, byłaby to właśnie Longbottomówna z duetem z Hjalmarem. Nie wtrąciła się jednak w rozmowę, nie miała pojęcia o procedurach i innych rzeczach związanych z ich pracą, a swoją opinię wyraziła chwilę wcześniej. Nie mogła przecież zostać tu sama, to było zbyt ryzykowne. A poczciwa Gryfonka chciałaby zbawić cały świat, były w tym zresztą podobne. I niby Panda wiedziała, że to niemożliwe, ale nie chciała odczepić się od myśli, że trzeba walczyć z bandą psychicznych wyznawców zakompleksionego Czarnoksiężnika o lepsze jutro dla każdego w świecie magii, jak i tym mugolskim. - A biegał? - spojrzała na kuzyna, przenosząc na niego wzrok, nieco zaskoczony. Przebywała niemalże ciągle poza Wielką Brytanią, nie była specjalnie na bieżąco. Stuknęła palcami o swoje kolano, nieświadoma perypetii Atreusa dotyczących Brenny i tego, że Beltane ich połączyło. I że zaproponowała im wspólną kanapę, która faktycznie, u normalnych ludzi mogła wzbudzać jakieś nieprzyzwoite podszepty. Dla niej jednak spanie z kimś było po prostu spaniem, nijak miało się do seksu. - Może to nie taki zły pomysł, na pewno byłoby bezpieczniej.
Gdy ta podniosła dłoń, posłała jej pytające spojrzenie i serdeczny uśmiech. Oj brunetka bywała przytłaczająca, brutalnie bezpośrednia i naiwna w swojej niewinności.
- Tak tylko mówię, nawet jak go tu nie będzie, chcesz tu zostać, nie? Najwyżej młody go weźmie, ja zostanę z Tobą. Lub też poprosisz swoich przyjaciół, jak wolisz. Zresztą, czy Victoria i Atre nie są aurorami, przeszkolonymi w boju? O widzisz? Dlatego on jest moim ulubionym kuzynem!- zakończyła z entuzjazmem, patrząc na niego z wdzięcznością, bo może faktycznie z tych emocji, nieco zagubiła się w wątku i w rozmowie. Wciąż miała szybko bijące nerwy i po wyobraźni latały jej niezbyt ładne obrazy tłumaczenia reporterce, co było nie tak z tym wywiadem. - Po prostu nie chciałabym, ba, nie zniosłabym, gdyby coś Ci się stało i nie mogła znieść myśli, że tkwisz tu sama po tym Proroku. To prawda, Florence jest niezastąpiona w takich sytuacjach. I umie usadzić każdego na tyłku.
Dodała jeszcze, palcami przesuwając po szyi, a potem zgarniając za ucho kosmyk włosów, jakby trochę się tłumaczyła. Ciągle zapominała, jak silną była czarownicą brunetką, jak duże miała doświadczenie. A Panna Bulstrode była w stanie nawet doprowadzić do trzeźwości umysłu jej ojca, którego wcześniej doprowadzili do szału. Był to wyczyn. I Pandorę też umiała, gdy już zdarzało się, że wybuchła. Wbiła spojrzenie w Victorie, zastanawiając się nad jej rozsądnymi, jak zwykle zresztą, słowami. Nie znała jej wcale, ale wyglądała na kogoś, na kim Laurie mógł polegać. - Masz rację, jedna noc to za mało. - przyznała jej cicho, spoglądając na Migotka, któremu podziękowała za kawę, o którą prosiła wcześniej. Gorący napar ożywiał, sam jego zapach wywoływał przyjazny dreszcz, a krótka myśl o pewnej czarownicy przemknęła przez jej umysł, malując przed oczami jej wizerunek. Zawsze już będzie kojarzyła się jej z kawą. Spojrzała na swój plecak, potem na Laurenta i Victorie, a potem zrobiła łyka kawy. O listach ona sama nie pomyślała, więc była pod wrażeniem tego, że Tori na to wpadła, uśmiechając się jedynie ciepło pod nosem. Laurent nie wyglądał wcale dobrze, a ona miała coraz większe wyrzuty sumienia za swój temperament. Wcale nie miała na myśli tego, że nie był TYLKO WYSTARCZAJĄCO inteligentny, a zwyczajnie inteligentny, bardziej niż ona, bo jej wiedza była głównie mechaniczna lub z książek. Kolejny łyk kawy parzący w usta, paznokcie uderzyły w kubek, ale nie odezwała się słowem, jedynie spoglądając w tlący się w kominku ogień. Nieco zdziwiła ją chęć zabrania akurat kurczaka. - Twój Abraskan tu też jest, czy w rodzinnej stajni? - zapytała tylko, nie przenosząc jednak spojrzenia na brata. Wiedziała, że więź Prewetta z magicznym koniem, którego sobie oswoił, była wyjątkowa. Mara była wściekła, że jej tu nie zabrała. - Mam kilka zabawek, jeśli się wam przydadzą, poza tymi koliberkami- wyjęła różdżkę z kieszeni, przywołując plecak. Wyjęła z niego wspomniane ptaszki i napędziła magią, a te zaczęły krążyć nad głową, rozglądając się nerwowo. Chwilę potem skierowały się jednak w stronę okien, szukając uchylonego, aby wylecieć na dwór. Wyjęła lustereczko z bocznej kieszeni, które otworzyła i położyła na swoich kolanach, spoglądając na to, co widziały jej mechaniczne zwierzęta. Nie chciała, aby poszedł do domu kuzynów tylko na jedną noc, ale przecież ostateczna decyzja należała do niego samego, nawet jeśli by się z nią nie zgodziła. Podniosła na niego zmartwione spojrzenie.
- Wtedy się na mnie pogniewa Atre.. Niech to będzie nasz mały sekret? - poprosiła go z uroczą miną, ciesząc się, że twarz mu złagodniała nieco i udało się jej rozbawić. Wiedziała, że też się martwił, a do tego jako auror, miał pewnie tysiące rzeczy i paskudnych morderstw na głowie. Prawda była taka, że był jej ulubionym kuzynem, głównie przez to, jaki był pozytywny i jak łatwo wywoływał u ludzi uśmiech.
Nie myślała o jej animagii, chciała po prostu, aby Brenna się wyspała, a Atreus pomimo bycia kobieciarzem, nie tknąłby żadnej Pani bez jej zgody, więc o to była spokojna. Zresztą, cóż za przyjemność spać na dworze? Znając ją, całą noc by czuwała i biegała dookoła Laurentowego domku, towarzysząc mechanicznym świetlikom, które chciała wypuścić.
- Brenna, jesteś takim dobrym człowiekiem. - mruknęła pod nosem, szeptem praktycznie, pełnym wdzięczności. Gdyby miała wskazać osobę najbardziej bezinteresowną i pomocną, byłaby to właśnie Longbottomówna z duetem z Hjalmarem. Nie wtrąciła się jednak w rozmowę, nie miała pojęcia o procedurach i innych rzeczach związanych z ich pracą, a swoją opinię wyraziła chwilę wcześniej. Nie mogła przecież zostać tu sama, to było zbyt ryzykowne. A poczciwa Gryfonka chciałaby zbawić cały świat, były w tym zresztą podobne. I niby Panda wiedziała, że to niemożliwe, ale nie chciała odczepić się od myśli, że trzeba walczyć z bandą psychicznych wyznawców zakompleksionego Czarnoksiężnika o lepsze jutro dla każdego w świecie magii, jak i tym mugolskim. - A biegał? - spojrzała na kuzyna, przenosząc na niego wzrok, nieco zaskoczony. Przebywała niemalże ciągle poza Wielką Brytanią, nie była specjalnie na bieżąco. Stuknęła palcami o swoje kolano, nieświadoma perypetii Atreusa dotyczących Brenny i tego, że Beltane ich połączyło. I że zaproponowała im wspólną kanapę, która faktycznie, u normalnych ludzi mogła wzbudzać jakieś nieprzyzwoite podszepty. Dla niej jednak spanie z kimś było po prostu spaniem, nijak miało się do seksu. - Może to nie taki zły pomysł, na pewno byłoby bezpieczniej.
Gdy ta podniosła dłoń, posłała jej pytające spojrzenie i serdeczny uśmiech. Oj brunetka bywała przytłaczająca, brutalnie bezpośrednia i naiwna w swojej niewinności.
- Tak tylko mówię, nawet jak go tu nie będzie, chcesz tu zostać, nie? Najwyżej młody go weźmie, ja zostanę z Tobą. Lub też poprosisz swoich przyjaciół, jak wolisz. Zresztą, czy Victoria i Atre nie są aurorami, przeszkolonymi w boju? O widzisz? Dlatego on jest moim ulubionym kuzynem!- zakończyła z entuzjazmem, patrząc na niego z wdzięcznością, bo może faktycznie z tych emocji, nieco zagubiła się w wątku i w rozmowie. Wciąż miała szybko bijące nerwy i po wyobraźni latały jej niezbyt ładne obrazy tłumaczenia reporterce, co było nie tak z tym wywiadem. - Po prostu nie chciałabym, ba, nie zniosłabym, gdyby coś Ci się stało i nie mogła znieść myśli, że tkwisz tu sama po tym Proroku. To prawda, Florence jest niezastąpiona w takich sytuacjach. I umie usadzić każdego na tyłku.
Dodała jeszcze, palcami przesuwając po szyi, a potem zgarniając za ucho kosmyk włosów, jakby trochę się tłumaczyła. Ciągle zapominała, jak silną była czarownicą brunetką, jak duże miała doświadczenie. A Panna Bulstrode była w stanie nawet doprowadzić do trzeźwości umysłu jej ojca, którego wcześniej doprowadzili do szału. Był to wyczyn. I Pandorę też umiała, gdy już zdarzało się, że wybuchła. Wbiła spojrzenie w Victorie, zastanawiając się nad jej rozsądnymi, jak zwykle zresztą, słowami. Nie znała jej wcale, ale wyglądała na kogoś, na kim Laurie mógł polegać. - Masz rację, jedna noc to za mało. - przyznała jej cicho, spoglądając na Migotka, któremu podziękowała za kawę, o którą prosiła wcześniej. Gorący napar ożywiał, sam jego zapach wywoływał przyjazny dreszcz, a krótka myśl o pewnej czarownicy przemknęła przez jej umysł, malując przed oczami jej wizerunek. Zawsze już będzie kojarzyła się jej z kawą. Spojrzała na swój plecak, potem na Laurenta i Victorie, a potem zrobiła łyka kawy. O listach ona sama nie pomyślała, więc była pod wrażeniem tego, że Tori na to wpadła, uśmiechając się jedynie ciepło pod nosem. Laurent nie wyglądał wcale dobrze, a ona miała coraz większe wyrzuty sumienia za swój temperament. Wcale nie miała na myśli tego, że nie był TYLKO WYSTARCZAJĄCO inteligentny, a zwyczajnie inteligentny, bardziej niż ona, bo jej wiedza była głównie mechaniczna lub z książek. Kolejny łyk kawy parzący w usta, paznokcie uderzyły w kubek, ale nie odezwała się słowem, jedynie spoglądając w tlący się w kominku ogień. Nieco zdziwiła ją chęć zabrania akurat kurczaka. - Twój Abraskan tu też jest, czy w rodzinnej stajni? - zapytała tylko, nie przenosząc jednak spojrzenia na brata. Wiedziała, że więź Prewetta z magicznym koniem, którego sobie oswoił, była wyjątkowa. Mara była wściekła, że jej tu nie zabrała. - Mam kilka zabawek, jeśli się wam przydadzą, poza tymi koliberkami- wyjęła różdżkę z kieszeni, przywołując plecak. Wyjęła z niego wspomniane ptaszki i napędziła magią, a te zaczęły krążyć nad głową, rozglądając się nerwowo. Chwilę potem skierowały się jednak w stronę okien, szukając uchylonego, aby wylecieć na dwór. Wyjęła lustereczko z bocznej kieszeni, które otworzyła i położyła na swoich kolanach, spoglądając na to, co widziały jej mechaniczne zwierzęta. Nie chciała, aby poszedł do domu kuzynów tylko na jedną noc, ale przecież ostateczna decyzja należała do niego samego, nawet jeśli by się z nią nie zgodziła. Podniosła na niego zmartwione spojrzenie.