W sumie trudno było im się dziwić, że nie do końca załapali klimat imprezy zanim na nią trafili. Nie przy każdej zbiórce na biedne pieski i małe dzieci organizowano wielki bal, na którym wyprzedawano suknie i inne bibeloty podarowane przez jedne z najgłośniejszych nazwisk w towarzystwie. Cameron miał prawo czuć się nieco nieswojo, chociaż robił, co mógł, aby nadrabiać to charakterem, ciesząc się jednocześnie z towarzystwa Heather. Gdyby tylko jeszcze z tego ich duetu mogli przejść na ikoniczne już trio, to już w ogóle poczułby się spełniony i gotowy do harców przez resztę nocy.
— Za kołnierz to my raczej nie wylewamy — skomentował, odstawiając na tacę kelnera puste szkło i biorąc kolejny kieliszek. Cóż, szkoda, żeby się zmarnowało, prawda? Wprawdzie widział zaparkowanego na zewnątrz abraksana, jednak wątpił, czy akurat ten trunek przypadłby mu do gustu, gdy przyjdzie do usuwania niedopitków po gościach.
— Przez nich? Gdzie tam. Po prostu... nie są tak dzicy jak ja, czy ty. — Szelmowski uśmiech sprawił, że kąciki jego ust wystrzeliły ku górze. — Co najwyżej, dostanę burę na najbliższym obiedzie rodzinny, jak coś przeskrobię.
W razie, gdyby zaczął nieco przeginać podczas tego wypadu, a rodzeństwo postanowiło go wsypać, miał już w głowie przygotowany plan B. Matka przymknęłaby oko na jego wybryki, gdyby tylko postanowił zjeść trochę zielonego bez mięsa w najbliższe święta. Poza tym, czy było się o co martwić? Przecież był ich ulubionym dzieckiem. Dlatego tylko jemu z ich trójki nadano drugie imię. Chyba dlatego.
— Segregowałbym eliksiry w szpitalnym magazynie — odparł bez ogródek, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że gdyby nie dzień wolny, który postanowił spędzić z Heather, siedziałby teraz w szpitalu. — Ewentualnie czytał regulamin i zapoznawał się z kartoteką przyjętych na oddział pacjentów.
Spojrzał ze zrozumieniem na Rudą, gdy wspomniała o Christie. Wydało mu się to trochę dziwne, że nie czekali już na nich na miejscu. Chyba że planowali po prostu ominąć najmniej interesujący segment wieczoru i zjawić się dopiero wtedy, gdy na sale zostaną wniesione najlepsze alkohole. W sumie to był dosyć genialny pomysł. Aż żałował, że sam na taki nie wpadł parę godzin wcześniej.
— Przecież wygląda na taką słodką i niewinną. Na pewno by szybko wybaczyła — rzucił z niedowierzaniem. Ciężko było uwierzyć na słowo, że kobieta brylująca na scenie w towarzystwie brata, mogłaby jakkolwiek skrzywdzić jego psiapsiółkę za taki drobny psikus.
Powłóczył wzrokiem po sylwetce swojej towarzyszki, starając się wyrażać, chociaż minimalne zainteresowanie tym, co było akurat wystawiane na sprzedaż zaledwie parę metrów przed nim. Gdy wspomniała o tym, że ktoś próbuje ją przebić, machinalnie się odwrócił, aby przyjrzeć się konkurentce Heather i prawie mu oczy wyszły na wierzch, gdy zorientował się z kim ma do czynienia. Bulstrode.
— Ja jebię. To moja szefowa ze szpitala — mruknął, ale jeszcze zanim zdążył to zakomunikować, głos Heather ponownie rozbrzmiał na sali. Wrócił do normalnej pozycji, chociaż jego wzrok ponownie strzelił w kierunku Florence. — Chwilami się jej boję. Chyba niezbyt docenia mój temperament.
Na czas stażu trafił pod jej opiekę w szpitalu i miał wrażenie, że od początku wzięła sobie za punkt honoru to, aby go nieco utemperować. Nieco bardzo. Cameron otaksował ją długim spojrzeniem. W ogóle nie była do siebie podobna w sukience. Był tak przyzwyczajony do widoku kobiety w służbowej szacie, że jakikolwiek inny uniform wydawał mu się obcy i nie pasujący do niej.
— Teraz, jak tak gadasz, to chyba muszę to przemyśleć — powiedział, udając wielce obrażonego. Po chwili machnął ręką od niechcenia, jakby robił jej tym wielką łaskę. Nie musieli koniecznie podbijać stawki. Bądź co bądź, dalej mieli sukienkę do wygrania, a coś czuł, że starcie z Florence może nie być najłatwiejszą rzeczą na świecie. — Odpuśćmy sobie. Na pewno uda nam się uszczuplić twój portfel tego wieczora.
Perspektywa dłuższych włosów, sięgających mniej więcej do ramion, była kusząca ze względów estetycznych. Ot, taka moda wśród ich rówieśników, zwłaszcza tych wywodzących się z niemagicznej dzielnicy Londynu. Tylko ile czasu musiałby spędzić na tym, żeby doprowadzić takie kudły do porządku codziennie rano? Może nie był najpoważniejszą osobą pod słońcem, ale miał na tyle wyczucie czy też instynktu samozachowawczego, aby nie wpychać się na oddział z kudłami powywijanymi na wszystkie strony.
— Na naukę podobno nigdy nie jest za późno — rzucił sugestywnie, uważając, że tego typu tekstu sprawią, że ta noc stanie się chociaż trochę bardziej znośna. Może Heath była przyzwyczajona do obcowania z niemalże arystokracją, ale Lupin nie mógł tego powiedzieć o sobie. Owszem, znał parę osób, w dużej mierze przez rodzeństwo, jednak wątpił, aby co poniektóre czystokrwiste rody uznały za stosowne zaproszenie go gdziekolwiek tylko z uwagi na jego nazwisko. — Ale wiesz, co jeszcze mówią ludzie? — Nachylił się nad jej uchem nieco bardziej. — Że dużo przyjemniej jest przyswajać wiedzę w grupie.
Zagryzł dolną wargę, starając się nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Ah, jak żałował, że nie było z nimi Charliego, on na pewno dużo bardziej doceniłby ten klasyczny już tekst. Wrócił wzrokiem do jednej z głównych gwiazd wieczoru, czyli Brenny Longbottom, starając się ocenić, co też miała jeszcze do pokazania swoim gościom w tej części wieczoru.