Absurdalna w całej swojej obraźliwej krasie – budziła grozę i niejaki postrach na ministerialnych korytarzach, bo potrafiła nagadać przykrości ot tak, bez powodu; przyzwyczajona do bycia raczej samotnym wilkiem, aniżeli stadną sarną, posiadała ripostę na większość treści wymierzanych w jej stronę ostrzem; nic jej nie powstrzymywało od osiągania wymierzonych celów, a Vincent Prewett przez długi czas tym celem był. Nie dawała mu nigdy satysfakcji, nie pozwalała, aby samozadowolenie kwitło w jego duszy – bardziej okrutna, aniżeli statyczna, nie pozwalała obliczu barwić się różanym pąsem tudzież filuternym uśmiechem. Autentyczna i prawdziwa jednocześnie, sprowadzała na manowce tych, którzy zechcieli wniknąć głębiej. A w głębi Lycoris łatwo było utonąć.
Spodziewała się niepewnego siebie arystokraty pod krawatem, ujrzała jednak jego – równie obraźliwego wobec lica wszechświata, co ona sama. Nie przyznałaby się do tego na głos, jednak obrót spraw wykrzesał z niej liche pokłady ciekawskości – po Hogwarcie wszak, ich drogi rozeszły się zupełnie, obierając trasy, które nie miały prawa się przeciąć. Ona zajęła się trupami, on zaś magicznymi stworzeniami – nie posiadali wspólnego mianownika, a jednak coś igrało w jej piwnych tęczówkach, gdy spoglądała na niego ze stoickim spokojem. Było w nim coś buńczucznie niebezpiecznego, a ona nade wszystko ukochała sobie uniesienia wiedzione adrenaliną prędko mknącą żyłami.
Było wiele rzeczy, do których by się nie przyznała. Na przykład to, że jego uśmiech był miękki i lepki jak miód; że marszczył brwi w sposób zarysowany wyraźnie na kanwie wspomnień; że był taki, jakiego go pamiętała i choć nic nie kiełkowało nigdy między nimi, czasami przyłapywała się na myślach niepoprawnych.
Ciepło miękko rozlewało się po wnętrzu gdy patrzył na nią w ten sposób.
Z uwagi na stalowe oblicze, była bardziej artefaktem goszczącym w muzeum; z przemykania niezauważoną z kolei, bardziej przypominała mary umykające człowieczym dłoniom. Nie zmieniwszy pozycji, wciąż umiejscawiając brodę na splecionych dłoniach, wspartych łokciami na śliskiej powierzchni stołu, przyglądała mu się wyjątkowo nachalnie.
Lycoris w końcu nigdy nie przywykła do bycia poprawną.
– Szalenie – odparła tonem tak martwym, jak mumie schowane pod powłoką sarkofagu. Żaden mięsień na jej twarzy nie drgnął ani o jotę, wraz z słowem sączącym się z pełni warg.
– Ludzie robią rzeczy z trzech powodów. Z ciekawości, konieczności bądź powinności – rzekła enigmatycznie. – Możesz wykazać się tą jedną szarą komórką obijającą się o ściany czaszki i zgadnąć, co mną kierowało. – Zmrużyła oczy bacznie, dogaszając jątrzącą się końcówkę papierosa w popielniczce.
– Byłam po prostu ciekawa. Na ogół matka usiłowała posyłać mnie na spotkania z kawalerami, o których wszystko wiedziałam. Zapamiętaj to słowo – usiłowała. Tym razem nie chciała mi powiedzieć absolutnie nic, a ja uznałam to za interesujące. Domyślam się, że ciebie nie będzie tak łatwo spławić jak szpakowatego Rowle’a czy krępego Slughorna – urwała, ważąc słowa. – Jestem wybitna w odstraszaniu od siebie ludzi.
– I uważam to za zaletę – dodała po lichej przerwie, umieszczając szpilki wzroku gdzieś między jego tęczówkami a policzkami.