Któż by pomyślał, że rozmowa z Lycoris jest wstanie wynieść człowieka spod gęstego całunu nudy, otoczenia nimbem rutyny i szponów splotu nieciekawych zdarzeń. Przez karty umysłu przemknęła jedynie desperacka potrzeba zaspokojenia dwóch niechybnych uzależnień – kofeiny i opium. Krążyły wszak o niej plotki – o dziwo, pokrywające się z faktycznym stanem rzeczy – jakoby oddała swoją duszę nie szatanowi, a laudanum. Nie krępowała się już ze swoim nałogiem, a dłonie archaniołów nie były gotowe na wyszarpnięcie jej spod tej niechlubności – kącik jej ust jakby drgnął, zupełnie tak, jakby chciał skłonić się w miękkim uśmiechu – na tym jednak poprzestał, a sama Lycoris odwróciła wzrok.
Jedynie westchnięcie zamarło na splątanych nićmi powagi ustach, gdy odgarniała za ucho niesforny kosmyk włosów, który wyplątał się gdzieś spod upięcia w niedbały kok, aby po chwili poprawić cienkie, metalowe oprawki okularów goszczące na nosie. Z wadą wzroku obchodziła się z jak niechcianym psem – przeszkadzała jej wybiórczo, jednak w pracy musiała się ich trzymać, z uwagi na wymagającą bezwzględnej dokładności profesję.
– Ja? Ja niepoukładana? Czy ty kiedykolwiek widziałeś swoją żonę? – odparła cierpko, unosząc dłoń do ust, aby wsunąć między wargi filtr papierosa. W gruncie rzeczy, nie znała nader dobrze małżonki Augustusa – musiała mieć jednak równo zaburzoną percepcję i niepowagę, skoro stanęła z nim na ślubnym kobiercu.
Nie żeby Rookwood był brzydki! Dla Lycoris wszyscy byli obrzydliwi.
– Nie widać u mego boku mężczyzny, bo nie lubię zbędnych balastów – naprostowała, strzepując nadmiar popiołu z ognistego oczka papierosa. – Jeszcze bym została z takim tobą i skończylibyśmy organizując imprezę rozwodową – sarknęła ponownie.
Jej cięte poczucie humoru wyrastało z akwenu zgorzkniałości i braku typowej damom klasy; bardziej męska, aniżeli kobieca, niewidywana w sukienkach, a w dobrze skrojonych garniturach; niechichocząca w odpowiedzi na drętwe żarty, tylko po to, aby wkupić się w łaski – nie zależało jej na aprobacie, a wręcz zaskakująco miły był jej brak. Ludzie schodzili jej z drogi.
– Złap mnie, jeśli potrafisz – zawyrokowała i zgasiwszy resztę papierosa o bruk, ruszyła do budynku ministerstwa.