Cicho wypuściła powietrze przez usta, kiedy udało jej się pozbyć jednego z truposzy, a Erik i Geraldine pozbyli się drugiego. W takim wypadku mieli czystą drogę, by zbiec na dół, nie niepokojeni przez nic i nikogo, chociaż Victoria po drodze widziała to, o czym mówiła Gerry – że wyczuwała potwory, WSZĘDZIE. I miała rację, bo pojawili się znikąd, nagle, pieprzone żywe trupy, ale wiedziała, że nie mieli czasu na nich i tylko by ich spowolnili. Bo krzyk, jaki słyszeli, ten kobiecy, zdecydowanie nie mógł należeć do żadnego z tych trupów. Po drodze jeszcze widziała, ze duch w końcu się uwolnił (co mogło „złapać” ducha?).
A miała naprawdę złe przeczucie, bo skoro ktokolwiek w ogóle ma tutaj jeszcze siłę krzyczeć i to w momencie, kiedy w końcu da się pozbyć żywych trupów, po tym dziwacznym uczuciu… to jej kobiecy i aurorski zmysł mówił: nie jest dobrze.
I nie było. Bo kiedy zbiegli na dół, zobaczyła dziwną kobietę, która nie wyglądała jak nieumarła. Była koszmarnie blada, niemalże jak wampir, no i… miała różdżkę. Ach, no i nie przypominała nikogo, kogo Victoria znała, kto tutaj się z nimi wybrał i kogo w ogóle szukali.
Nienawiść jaką się w nich wpatrywała wywoływała aż ciarki na karku, lecz nim zdążyli cokolwiek zrobić, ta machnęła różdżką i biedny Erik znowu został celem ataku. Tylko, ze tym razem znacznie groźniejszego.
Victoria nie zamierzała się z nią wdawać w dyskusje, zresztą pewnie nic by top nie było, bo teraz były ważniejsze rzeczy. Jak to, że mogła tylko machnąć różdżką, a Longbottom zaryłby prosto w posadzkę, z czterech metrów – że mogła nim cisnąć, a nie że jedynie by spadał. Nie zamierzała na to pozwolić
– Gerry! ŁAP GO! – krzyknęła za to, i sama machnęła ręką, chcąc rozproszyć jakąkolwiek magię rzuciła na Erika. A jeśli miała ku temu możliwość – to zablokować ewentualne kolejne zaklęcie.
Rozpraszanie
Sukces!
Slaby sukces...