18.10.2023, 19:52 ✶
Nigdy nie czułem się tak mały i tak samotny, jak właśnie w tym momencie. Czułem w dłoniach zimne, wręcz lodowate serce Marianne. Sprawiało, że ból przeszywał moje ręce, ostrzegał moje ciało, ale nie słuchałem. Dzielnie nie puszczałem, choć byłem pewien, co za chwilę się stanie. Byłem pewien, co się stanie. Zaciskałem palce na sercu Marianne i zaciskałem je jednocześnie na swoim własnym, więc odpowiedź była tylko jedna. Byliśmy powiązani, dlatego że tu byłem, że zdecydowałem się ukrócić męki Marianne, ocalić Avelinę i może nawet cały statek.
Gdzieś przez myśl mi przeszło, że nie powinienem był słuchać ducha aurora, że Avelina miała rację, bo ten myślał tylko o sobie i swoim własnym losie, ale... Czy to istotne? Czy to ważne? Zrobiłem krok i nie mogłem się przed tym cofnąć. Nacisnąłem serce i wydarłem mu pod przymusem rytm, ścisnąłem i zgniotłem, czując ból, ogromny ból w piersi. Ach, bolało tak, że straciłem dech. Nie potrafiłem złapać powietrza, a z oczu popłynęły mi niechybnie zły, bo wiedziałem, co się dzieje, kiedy upadałem na podłogę. Umierałem. Przeszywający mnie ból, jak i mrok przed oczami był tego dowodem.
Kiedy wszystko ustało, w mojej głowie pojawiła się myśl, że właściwie to już trzecia moja śmierć w tym dniu. Dziwna sytuacja, ale zrobiło mi się lżej, właściwie powoli robiło mi się lżej. Złapałem się za pierś, która nie wydawała się być szczególnie inna, i wtedy ujrzałem stojącego nade mną ducha Marianne. Patrzyła na mnie, a ja miałem ochotę zniknąć jednak w odmętach wód, które miały pochłonąć ten statek.
- Wybacz... Miałem nadzieję, że nie będzie już bolało - odparłem niepewny, co mogę powiedzieć duchowi osoby, którą właśnie zabiłem. Sam nie chciałem myśleć o tym, co tu się wydarzyło. Czułem się totalnie rozbity od zdenerwowania, od tego bólu, od tych wszystkich dziwnych odczuć i ciągłego umierania. Przełknąłem ślinę, patrząc na swoje całkowicie normalne dłonie, po czym ponownie wróciłem spojrzeniem na łóżko, gdzie leżało ciało Marianne, może nawet widziałem jego fragment, a zaraz potem na wiszącego nade mną ducha. Nie mogłem patrzeć na to ciało. Nie chciałem tego utrwalać.
- Powiedz mi... Wiesz, w jaki sposób możemy zabić Panią Fawley? Ma jakieś słabe punkty? - zapytałem, poprosiłem. Powoli, niepewnie zacząłem wstawać z podłogi. Nie byłem pewien, czy jestem w stanie ustać na nogach, czy jednak nie za bardzo, bo miałem dziurę w piersi czy coś podobnego, ale chyba ostatecznie wszystko grało, a przynajmniej czułem się w obowiązku by grało, bo wstałem.
Duch Marianne zapewne był niższy ode mnie, więc wcale nie poczułem się lepiej, jeśli nad nim górowałem. Było mi wstyd, było mi... sam nie wiem. Chyba za bardzo to do mnie nie docierało, to, co zrobiłem, i usilnie unikałem spojrzenia na te ciało tam leżące, widoczne zapewne teraz w pełnej krasie. Moje dzieło...? Powinienem zobaczyć, dotknąć, obejrzeć, ale bałem się.
Odwróciłem się plecami do niego by nie kusić losu. Kiedy spojrzałem na drzwi, przypomniało mi się o Avelinie. Niezależnie od tego, czy Marianne zdecydowała się mi pomóc, czy też nie, postanowiłem dorwać się do drzwi i je otworzyć. Musiałem zobaczyć, czy z Aveliną było wszystko w porządku.
Gdzieś przez myśl mi przeszło, że nie powinienem był słuchać ducha aurora, że Avelina miała rację, bo ten myślał tylko o sobie i swoim własnym losie, ale... Czy to istotne? Czy to ważne? Zrobiłem krok i nie mogłem się przed tym cofnąć. Nacisnąłem serce i wydarłem mu pod przymusem rytm, ścisnąłem i zgniotłem, czując ból, ogromny ból w piersi. Ach, bolało tak, że straciłem dech. Nie potrafiłem złapać powietrza, a z oczu popłynęły mi niechybnie zły, bo wiedziałem, co się dzieje, kiedy upadałem na podłogę. Umierałem. Przeszywający mnie ból, jak i mrok przed oczami był tego dowodem.
Kiedy wszystko ustało, w mojej głowie pojawiła się myśl, że właściwie to już trzecia moja śmierć w tym dniu. Dziwna sytuacja, ale zrobiło mi się lżej, właściwie powoli robiło mi się lżej. Złapałem się za pierś, która nie wydawała się być szczególnie inna, i wtedy ujrzałem stojącego nade mną ducha Marianne. Patrzyła na mnie, a ja miałem ochotę zniknąć jednak w odmętach wód, które miały pochłonąć ten statek.
- Wybacz... Miałem nadzieję, że nie będzie już bolało - odparłem niepewny, co mogę powiedzieć duchowi osoby, którą właśnie zabiłem. Sam nie chciałem myśleć o tym, co tu się wydarzyło. Czułem się totalnie rozbity od zdenerwowania, od tego bólu, od tych wszystkich dziwnych odczuć i ciągłego umierania. Przełknąłem ślinę, patrząc na swoje całkowicie normalne dłonie, po czym ponownie wróciłem spojrzeniem na łóżko, gdzie leżało ciało Marianne, może nawet widziałem jego fragment, a zaraz potem na wiszącego nade mną ducha. Nie mogłem patrzeć na to ciało. Nie chciałem tego utrwalać.
- Powiedz mi... Wiesz, w jaki sposób możemy zabić Panią Fawley? Ma jakieś słabe punkty? - zapytałem, poprosiłem. Powoli, niepewnie zacząłem wstawać z podłogi. Nie byłem pewien, czy jestem w stanie ustać na nogach, czy jednak nie za bardzo, bo miałem dziurę w piersi czy coś podobnego, ale chyba ostatecznie wszystko grało, a przynajmniej czułem się w obowiązku by grało, bo wstałem.
Duch Marianne zapewne był niższy ode mnie, więc wcale nie poczułem się lepiej, jeśli nad nim górowałem. Było mi wstyd, było mi... sam nie wiem. Chyba za bardzo to do mnie nie docierało, to, co zrobiłem, i usilnie unikałem spojrzenia na te ciało tam leżące, widoczne zapewne teraz w pełnej krasie. Moje dzieło...? Powinienem zobaczyć, dotknąć, obejrzeć, ale bałem się.
Odwróciłem się plecami do niego by nie kusić losu. Kiedy spojrzałem na drzwi, przypomniało mi się o Avelinie. Niezależnie od tego, czy Marianne zdecydowała się mi pomóc, czy też nie, postanowiłem dorwać się do drzwi i je otworzyć. Musiałem zobaczyć, czy z Aveliną było wszystko w porządku.