18.10.2023, 21:27 ✶
Oglądałem tę zbieraninę, a właściwie rozbieraninę, Flynna niczym przedstawienie cyrkowe, bo inaczej nie mogłem tego określić. Nawet nie byłem w stanie, jakiś speszony czy cokolwiek, odwrócić wzroku, bo każde kolejne żelastwo, które wypadało z jego kieszeni czy nawet skarpetek wprawiało moją w twarz, jak i zresztą całego mojego ducha, w coraz większe zaskoczenie, osłupienie, zapytanie, czy aby wszystko kurwa gra, bo to nie było normalne. To nie było nawet odrobinę zdrowe. Ok, zawsze miało się jakąś broń pod orędziem, żeby w razie czego przepędzić jakiegoś złodzieja, jeśli ktoś wniósł alarm, ale cały swój dobytek w kilku łachmanach?
Pamiętałem swoje załamanie, kiedy Flynn mnie opuścił, zostawił samego, prawdopodobnie bez pożegnania. Szukałem jakichś oznak jego istnienia, ale wszystko było puste, jak gdyby nigdy go tu nie było, jakby nie istniał i był tylko moim wymyślonym przyjacielem, którego miałem nieprzyjemność posiadać. Wszyscy go znali, wszyscy się wokół śmiali, że spierdolił i zginie marnie ten cichy chłopaczyna, bo jak on sobie w tym wielkim świecie poradzi, a mi do śmiechu nie było, bo byłem jego wsparciem, jego druhem, jego kontaktem ze światem.
Zacisnąłem w niezadowoleniu zęby, ale cierpliwie czekałem aż to przedstawienie się skończy i będę mógł iść spać. Przez myśl mi nawet przeszło, że niepotrzebnie go tu zapraszałem, że to był błąd, pomyłka i tak dalej, tak dalej, ale... Kiedy tak spojrzałem na porzucony przez niego koc, to na powrót wróciło do mnie, ta litość i miłość, bo ja byłem pewien, że on wcale nie chciał źle. Albo się okłamywałem, że wcale nie chciał źle.
A może chciał? A może obawiał się, że ja chcę źle? Bo inaczej czemu chwyciłby moje przedramiona w silny uścisk?
Tak spojrzałem na to bezradnie, na te nasze ręce. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób to określić, do jakiej kategorii zachowania przykleić. Flynn może był jak taki zdziczały kociak? Może lata temu go nieco oswoiłem, ale kiedy na te lata stracił kontakt ze mną, być może z całym światem, to na powrót zdziczał? Albo go niepotrzebnie usprawiedliwiałem? Może był wariatem...? Ale wtedy to mógł być moim wariatem, prawda?
Cóż, przemknąłem tak spojrzeniem, a to na nasze splecione? ręce, a to na jego twarz. I tak kilka razy, ale niezależnie od tego, jak bardzo intensywnie bym nie myślał, to nic nie miało dać.
- Co znaczy ngk? - zapytałem, bo nie miałem pojęcia, co w takiej sytuacji zrobić, o co zapytać. Wariat jak nic. Może zaraz rzuci się na mnie z nożem? Albo zacznie okładać pięściami? Być może po prostu bał się mojego dotyku i dlatego blokował moje ręce by nie wyciągały swoich macek w jego kierunku? Czy wystarczyło więc powiedzieć, że nic mu nie zrobię? Zapewnić, że wszystko będzie okej?
Cóż, może po prostu być szczerym? I zjebać go przy okazji, że mnie zostawił...?
Pokręciłem tylko głową i spojrzałem ostatecznie w jego oczy. Tak hipnotycznie trochę może, bo niektórzy mi mówili, że wysysałem im dusze. Osobiście uważałem, że to raczej były oczy, te moje oczy, przyjaznego pieska, takiego kundelka z ulicy, co nikomu krzywdy nie zrobi.
- Czy ty się mnie boisz? - zapytałem, próbując cokolwiek wyczytać z jego oczu, ale nie byłem w tym za dobry, więc potem kończyłem jak kończyłem. - Nic ci nie zrobię... Już nic ci nie zrobię - odparłem i zaraz poprawiłem się, bo przypomniało mi się o tym jak go uderzyłem pierwszego dnia. Uważałem, że mu się należało, ale jednocześnie miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Hm. Może chodziło właśnie o to, o tę paskudną scenę? Ale wiedział, musiał chociaż pamiętać to, że nie byłem jakiś typ agresywny.
Leżał, więc pochyliłem się jeszcze bardziej nad nim. Chciałem zmniejszyć dzielący nas odstęp, ale może to nie było dobrym pomysłem. Pewnie pomyśli, że chcę go udusić albo co...?
- Puść moje ręce, Flynn. Nic ci nie zrobię. Serio. Dotknij mnie, gdzie tylko chcesz. Ja ci ufam i nawet nie drgnę - odparłem do niego spokojnie, zmieniając tym samym strategię. Może niech się oswoi? Niech pozna? Trochę jak te dzikie zwierzęta, taki tygrys choćby. Miły kotek, ale mógł dziabnąć, czując się zagrożonym. Mimo wszystko jednak moje ręce nie drgnęły nawet o milimetr, jeśli mnie puścił.
@The Edge
Pamiętałem swoje załamanie, kiedy Flynn mnie opuścił, zostawił samego, prawdopodobnie bez pożegnania. Szukałem jakichś oznak jego istnienia, ale wszystko było puste, jak gdyby nigdy go tu nie było, jakby nie istniał i był tylko moim wymyślonym przyjacielem, którego miałem nieprzyjemność posiadać. Wszyscy go znali, wszyscy się wokół śmiali, że spierdolił i zginie marnie ten cichy chłopaczyna, bo jak on sobie w tym wielkim świecie poradzi, a mi do śmiechu nie było, bo byłem jego wsparciem, jego druhem, jego kontaktem ze światem.
Zacisnąłem w niezadowoleniu zęby, ale cierpliwie czekałem aż to przedstawienie się skończy i będę mógł iść spać. Przez myśl mi nawet przeszło, że niepotrzebnie go tu zapraszałem, że to był błąd, pomyłka i tak dalej, tak dalej, ale... Kiedy tak spojrzałem na porzucony przez niego koc, to na powrót wróciło do mnie, ta litość i miłość, bo ja byłem pewien, że on wcale nie chciał źle. Albo się okłamywałem, że wcale nie chciał źle.
A może chciał? A może obawiał się, że ja chcę źle? Bo inaczej czemu chwyciłby moje przedramiona w silny uścisk?
Tak spojrzałem na to bezradnie, na te nasze ręce. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób to określić, do jakiej kategorii zachowania przykleić. Flynn może był jak taki zdziczały kociak? Może lata temu go nieco oswoiłem, ale kiedy na te lata stracił kontakt ze mną, być może z całym światem, to na powrót zdziczał? Albo go niepotrzebnie usprawiedliwiałem? Może był wariatem...? Ale wtedy to mógł być moim wariatem, prawda?
Cóż, przemknąłem tak spojrzeniem, a to na nasze splecione? ręce, a to na jego twarz. I tak kilka razy, ale niezależnie od tego, jak bardzo intensywnie bym nie myślał, to nic nie miało dać.
- Co znaczy ngk? - zapytałem, bo nie miałem pojęcia, co w takiej sytuacji zrobić, o co zapytać. Wariat jak nic. Może zaraz rzuci się na mnie z nożem? Albo zacznie okładać pięściami? Być może po prostu bał się mojego dotyku i dlatego blokował moje ręce by nie wyciągały swoich macek w jego kierunku? Czy wystarczyło więc powiedzieć, że nic mu nie zrobię? Zapewnić, że wszystko będzie okej?
Cóż, może po prostu być szczerym? I zjebać go przy okazji, że mnie zostawił...?
Pokręciłem tylko głową i spojrzałem ostatecznie w jego oczy. Tak hipnotycznie trochę może, bo niektórzy mi mówili, że wysysałem im dusze. Osobiście uważałem, że to raczej były oczy, te moje oczy, przyjaznego pieska, takiego kundelka z ulicy, co nikomu krzywdy nie zrobi.
- Czy ty się mnie boisz? - zapytałem, próbując cokolwiek wyczytać z jego oczu, ale nie byłem w tym za dobry, więc potem kończyłem jak kończyłem. - Nic ci nie zrobię... Już nic ci nie zrobię - odparłem i zaraz poprawiłem się, bo przypomniało mi się o tym jak go uderzyłem pierwszego dnia. Uważałem, że mu się należało, ale jednocześnie miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Hm. Może chodziło właśnie o to, o tę paskudną scenę? Ale wiedział, musiał chociaż pamiętać to, że nie byłem jakiś typ agresywny.
Leżał, więc pochyliłem się jeszcze bardziej nad nim. Chciałem zmniejszyć dzielący nas odstęp, ale może to nie było dobrym pomysłem. Pewnie pomyśli, że chcę go udusić albo co...?
- Puść moje ręce, Flynn. Nic ci nie zrobię. Serio. Dotknij mnie, gdzie tylko chcesz. Ja ci ufam i nawet nie drgnę - odparłem do niego spokojnie, zmieniając tym samym strategię. Może niech się oswoi? Niech pozna? Trochę jak te dzikie zwierzęta, taki tygrys choćby. Miły kotek, ale mógł dziabnąć, czując się zagrożonym. Mimo wszystko jednak moje ręce nie drgnęły nawet o milimetr, jeśli mnie puścił.
@The Edge