Wyglądała nijako, bo czuła się nijako. Awansowała, bo trzy dni temu wyglądała jak gówno i czuła się jak gówno, i wiedziała doskonale, że będzie potrzebowała jeszcze trochę czasu, żeby zacząć czuć się… w miarę normalnie. Nie miała siły się tym nawet przejmować, starała się jak mogła, ale ludziom mijanym na korytarzu chyba niezbyt to przeszkadzało. A ją za mało to obchodziło wszystko, prócz tego, że trochę nieswojo się czuła z tą nagłą atencją od wszystkiego i wszystkich. O Cainie… Nie miała zielonego pojęcia co myśleć. Ale była kobietą o niemalże anielskiej cierpliwości: znosiła paplaninę Brenny od lat, no i znosiła humorki Sauriela… A to już chyba coś znaczyło. I nie to, że była kobietą pozbawioną charakteru, po prostu… była raczej cicha…
A potem pojawiała się za plecami i równie cicho mówiła, że jak zaraz nie pójdą do łóżek to odejmie im wszystkim punkty za gówniarskie zachowanie – taka właśnie była w szkole. Łatwo było poddać się wrażeniu, że miała kij w dupie tak głęboko, że sięgał po samą szyję, a ona… nawet zdawała sobie z tego sprawę, ale było to zupełnie niecelowe. To chyba ta zupełnie gładka maska, którą zapewniała jej wyćwiczona lata temu oklumencja.
Tabula rasa.
– Tak, pamiętam – przyznała, kiedy jej się przedstawił, a ona zabrała już rękę. Nie czuła ciepła. Nic nie było w stanie jej ogrzać. Ba, było jej wręcz cholernie zimno, ciągle. Zdążyła się do tego trochę przyzwyczaić, więc przynajmniej nie trzęsła się jak młoda brzózka na wietrze. – Victoria Lestrange – odpowiedziała mu na to, żeby już dopełnić tę formalność. Uniosła spojrzenie znad swojej torebki, w której właśnie grzebała, kiedy rzucił ten swój komentarz. – Co ty nie powiesz – odpowiedziała na zaczepkę. – Słuchaj, może powinieneś skoczyć do Munga, mogę ci załatwić szybką wizytę po znajomości, bo najwyraźniej coś jest z tobą nie tak, skoro mój dotyk jest dla ciebie ciepły – nie wiedziała do końca dlaczego ludzie z automatu brali ją za szarą myszkę, która nie potrafi odpyskować, ale proszę. Skoro chciał się bawić w ten sposób, to mogli się pobawić. – Może masz coś nie tak z krążeniem, hm? – zasugerowała i wróciła do grzebania w torebce, by w końcu wyciągnąć dwa flakony wypełnione jaskrawą cieczą, ułożyła je na biurku, po sekundzie przesunęła jeden z nich, żeby było równo, i usiadła. – Miło – powtórzyła niewzruszona i oparła łokcie na stole, splatając obie dłonie ze sobą w powietrzu. – A co mówił później? – zaciekawiła się i po prostu spojrzała na Caina, zamiast wziąć się do roboty. Tak, wypadało żeby wiedzieli na czym tutaj stoją. Wypadało się trochę poznać, skoro od dzisiaj mieli stanowić duet… jakiś tam. – Po tym, że dawno cię nie widziałam – stwierdziła po prostu, bez cienia wyrzutu. Ot, stwierdzenie faktu, nic więcej.