Młodość rozpościerała przed nimi przesiekę; tę, którą sunęły tylko zaklęte w marzeniach mary, unosząc się niespokojnie, spowijając swoim oddechem wszystkich, w których tchnęły życie. Niewinność skrzętnie trzymana w sarkofagu gdzieś na dnie umysłu – razem z aberracjami czasów dziecięcych i zniszczonymi, starymi zabawkami – prowadziła ich za dłoń przez meandry losu, a ćwierćwiecze ich istnienia zawierało się w słowach wielkich i skromnych zarazem. Nawet zimne, śliskie drogi prospektu newskiego nie ujmowały ciepłocie, która miło rozchodziła się po ciele – jakby ta przynależała nieodwołalnie do jej spojrzenia, gdy mościła je w obliczu Louvaina. Było w niej wszak coś tanatycznego, a gwiazdy błyszczące z nieboskłonu mrugały ku nim sugerująco. Czuła się na własnym miejscu – gdzieś pośród jednej nuty uczucia a całego akwenu przywiązania, jakim go darzyła przez te pełne dwadzieścia pięć lat.
Uśmiech tańczył na wargach, rozmywających się w przyjemnym grymasie, gdzieś obok pokrytego pąsem zimna, piegowatego oblicza – zmrużyła oczy, gdy wiatr zadął po raz kolejny, szczypiąc w policzki i dłonie, pomimo przywdziewanych rękawiczek. Nasunęła czapkę na uszy, pozwalając płatkom śniegu zatrzymać się na pokręconych puklach, zaznaczyć je białymi śladami, które już po chwili topniały, pozostawiając kosmyki sklejone w mokre strąki. Nie ujmowało jej to jednak urokliwości – wielkie, sarnie oczy, otoczone welonem rzęs także przywdziały śnieżne pyłki, a temperatura osiągająca chyże, ujemne stopnie, gryzła w kawałek odsłoniętej, nagiej szyi.
Zacisnęła palce mocniej na jego dłoni. Nie było w tym nic zdrożnego, nic niepoprawnego – ich bliskość, tak zacieśniona od lat dziecięcych, sprowadziła zachowania mieszczące się w tym sorcie ku randze normalności. I gdy ujmował tak jej drobną, kruchą dłoń – zupełnie nie jak tę, która rzucała soczyste klątwy zaklęć niewybaczalnych – czuła, iż może czuć się bezpieczna.
Była co prawda kobietą samowystarczalną, jednak rękaw, który mogła zaznaczyć mokrymi śladami rzęsistych łez, zawsze należał do niego.
Uśmiechnęła się promiennie na słowa, jakoby także ją kochał. Zatrzymała się pod masywnym, brutalistycznym budynkiem, stając naprzeciwko niego. Zatrzepotała rzęsami – nie w geście uwodzicielskim wszak, chciała jedynie odgonić zatrzymujące się na ich kurtynie płatki śniegu.
– Prawda? Jesteśmy daleko – rzekła miękko, mięciutko wręcz, ujmując jego twarz w odziane materiałem rękawiczek dłonie. – Obiecaj, że nic nas nie poróżni. Obiecaj – rzekła stanowczo, zdejmując rękawiczkę z prawej dłoni.
Gdy jej blada skóra, o prześwitującej sieci zielonkawych żyłek pozbyła się zbędnego odzienia, uniosła mały paluszek ku górze, wyczekujące spojrzenie wbijając w bliźniaka.