18.10.2023, 23:48 ✶
W aurze Brenny nie było niepokoju ani rozpaczy. Tak, w dniu, gdy Voldemort ogłosił początek swojej chorej krucjaty, przenikał ją chłód, a obawa o bliskich i ból, że takie rzeczy dzieją się w świecie czarodziejów, zabarwiały otaczającą ją żywą czerwień, odbierając jej intensywność.
Teraz jednak Longbottom była po prostu zdeterminowana. Patrzyła w przyszłość, z przekonaniem – może nieco naiwnym jak na kobietę mającą dwadzieścia pięć lat – że cokolwiek nadejdzie, stawią temu czoła.
A że to widział?
Pewnie by jej to nie przeszkadzało.
Brenna tak naprawdę nie miała wiele do ukrycia. Nie mógł zobaczyć chyba niczego, czego nie byłaby skłonna pokazać.
To miało się zmieniać – bo wojna zmieniała wiele rzeczy, podobnie jak przynależność do Zakonu, sam Zakon był przecież sekretem – ale zawsze była szczera i raczej bezpośrednia, a jedyne, czym nie chwaliła się na prawo i lewo, to widmowidzenie i te wszystkie nieładne rzeczy, jakie widywała w kręgu. Radziła sobie jednak z tym nieźle, i jej aury, znamionującej energiczność, nie pokryła szarość, a smutek czy żal wywołany sprawami, szybko topiła w radości z drobiazgów i w uczuciach wobec przyjaciół. Danielle od małego widywała wszystkie kolory aury Brenny, i wszystkie uczucia, jakie ta miała wobec innych, jak się okazało, to samo robił od jakiegoś czasu Patrick, pewnie niegdyś i Moody (o czym jednak akurat nie wiedziała), Ida w dowolnej chwili mogła przejrzeć jej intencje…
…i to była po prostu część ich natury.
W Hogwarcie nie mogłoby przeszkadzać jej, że Cain może grzebać jej w aurze czy dostrzegać nici powiązań z innymi. Teraz też nie. Jedyna relacja, którą niekoniecznie chciałaby dzielić się ze światem, to nienawiść wobec Borginów, a skoro Bletchley dołączał do Zakonu, to tak naprawdę nie miało wielkiego znaczenia.
Jeśli miał ochotę czytać sobie jej nastroje i relacje z ludźmi, nawet gdyby to oznajmił, nie miałaby w tej chwili nic przeciwko. Może za dwa lata, ale nie teraz.
– Kurde, Cain, mógłbyś postarać się trochę bardziej. Wiesz, chociaż krzyknąć coś w rodzaju „co ty tu robisz?!” albo jakoś tak. Teraz będę płakała w kącie, że jestem nudna i przewidywalna – westchnęła z udawanym smutkiem, przerzucając nogi przez parapet tak, by teraz stopy zawisły nad podłogą, nie kilkanaście metrów nad ziemią. Chociaż no, była przewidywalna. Jak już wiedziałeś, że istnieje Zakon, to się jej tu spodziewałeś. Nudna pod wieloma względami pewnie też.
– I jeszcze teraz mówisz, że masz zamiar ze mną rywalizować? Masz pożyczyć chusteczkę? Otrę łzy albo cię nią uduszę, żeby szybciutko pozbyć się konkurencji – powiedziała, chociaż na usta uśmiech cisnął się jej sam. Nigdy nie miała nic wobec tego typu uwag w wykonaniu Bletchleya. Bawiły ją wręcz. – I jak ci się podoba nasze małe królestwo? – zapytała, odruchowo odrywając spojrzenie od niego, by przesunąć je po pomieszczeniu. A potem uniosła notatnik, o który spytał. – Lista zakupowa. Pomyślałam, że będzie potrzebować trochę rzeczy, skoro ten jebany drań i jego zwolennicy już zaczęli się wszędzie panoszyć – wyjaśniła. – Pracy samej w sobie tak naprawdę dużo wcale nie mam.
Niestety. Tak, mieli jakieś tam zadania, ale nie mogli zrobić tak naprawdę wiele, a to nieco frustrowało momentami Brennę, zawsze wyrywającą się do działania.
Teraz jednak Longbottom była po prostu zdeterminowana. Patrzyła w przyszłość, z przekonaniem – może nieco naiwnym jak na kobietę mającą dwadzieścia pięć lat – że cokolwiek nadejdzie, stawią temu czoła.
A że to widział?
Pewnie by jej to nie przeszkadzało.
Brenna tak naprawdę nie miała wiele do ukrycia. Nie mógł zobaczyć chyba niczego, czego nie byłaby skłonna pokazać.
To miało się zmieniać – bo wojna zmieniała wiele rzeczy, podobnie jak przynależność do Zakonu, sam Zakon był przecież sekretem – ale zawsze była szczera i raczej bezpośrednia, a jedyne, czym nie chwaliła się na prawo i lewo, to widmowidzenie i te wszystkie nieładne rzeczy, jakie widywała w kręgu. Radziła sobie jednak z tym nieźle, i jej aury, znamionującej energiczność, nie pokryła szarość, a smutek czy żal wywołany sprawami, szybko topiła w radości z drobiazgów i w uczuciach wobec przyjaciół. Danielle od małego widywała wszystkie kolory aury Brenny, i wszystkie uczucia, jakie ta miała wobec innych, jak się okazało, to samo robił od jakiegoś czasu Patrick, pewnie niegdyś i Moody (o czym jednak akurat nie wiedziała), Ida w dowolnej chwili mogła przejrzeć jej intencje…
…i to była po prostu część ich natury.
W Hogwarcie nie mogłoby przeszkadzać jej, że Cain może grzebać jej w aurze czy dostrzegać nici powiązań z innymi. Teraz też nie. Jedyna relacja, którą niekoniecznie chciałaby dzielić się ze światem, to nienawiść wobec Borginów, a skoro Bletchley dołączał do Zakonu, to tak naprawdę nie miało wielkiego znaczenia.
Jeśli miał ochotę czytać sobie jej nastroje i relacje z ludźmi, nawet gdyby to oznajmił, nie miałaby w tej chwili nic przeciwko. Może za dwa lata, ale nie teraz.
– Kurde, Cain, mógłbyś postarać się trochę bardziej. Wiesz, chociaż krzyknąć coś w rodzaju „co ty tu robisz?!” albo jakoś tak. Teraz będę płakała w kącie, że jestem nudna i przewidywalna – westchnęła z udawanym smutkiem, przerzucając nogi przez parapet tak, by teraz stopy zawisły nad podłogą, nie kilkanaście metrów nad ziemią. Chociaż no, była przewidywalna. Jak już wiedziałeś, że istnieje Zakon, to się jej tu spodziewałeś. Nudna pod wieloma względami pewnie też.
– I jeszcze teraz mówisz, że masz zamiar ze mną rywalizować? Masz pożyczyć chusteczkę? Otrę łzy albo cię nią uduszę, żeby szybciutko pozbyć się konkurencji – powiedziała, chociaż na usta uśmiech cisnął się jej sam. Nigdy nie miała nic wobec tego typu uwag w wykonaniu Bletchleya. Bawiły ją wręcz. – I jak ci się podoba nasze małe królestwo? – zapytała, odruchowo odrywając spojrzenie od niego, by przesunąć je po pomieszczeniu. A potem uniosła notatnik, o który spytał. – Lista zakupowa. Pomyślałam, że będzie potrzebować trochę rzeczy, skoro ten jebany drań i jego zwolennicy już zaczęli się wszędzie panoszyć – wyjaśniła. – Pracy samej w sobie tak naprawdę dużo wcale nie mam.
Niestety. Tak, mieli jakieś tam zadania, ale nie mogli zrobić tak naprawdę wiele, a to nieco frustrowało momentami Brennę, zawsze wyrywającą się do działania.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.