Uśmiechnęła się miło do Vakela, a później do Lyssy, której rzeczywiście nie miała możliwości wcześniej poznać. Czyli jednak to była córka Dolohova. Kojarzyła imię, ale nie twarz – teraz już przynajmniej miała pewność. Przedstawiła się dziewczynie, a później na powrót skupiła na Vakelu.
– Rozumiem – powiedziała nie rozumiejąc zbyt wiele o tym całym wszechświecie, ale nie jej rolą było to wszystko kumać. Dla niej wróżby… były. Ale Dolohova szanowała na tyle, że nawet nie podarła jego listu, a nawet raz na jakiś czas zastanawiała się nad jego brzmieniem i treścią. I całkiem szczerze mu podziękowała.
Victoria zawiesiła się na moment na pytanie Eden. Powinna się z tym liczyć, ktoś w którymś momencie zapyta, a ona nie miała na to żadnej gotowej odpowiedzi. Ale nie była też żadnym wybitnym kłamcą. Cóż… Nie było to nic, czym by się chwaliła na lewo i prawo, ale brak biżuterii na dłoni mógł dawać pewną wskazówkę – o ile ktokolwiek w ogóle na te dłonie patrzył.
– To już nieaktualne – odpowiedziała po chyba odrobinę zbyt długiej ciszy z jej (Victorii) strony, po czym uśmiechnęła się do Eden, ewidentnie zaprzeczając też słowu Vasilija. Nie przyszła z połowicą, bo jej nie miała. Był za to przy niej Laurent, jej przyjaciel, bo miała przyjść całkiem sama? – Więc nie wiem gdzie jest, może nawet i w jakiejś piwnicy – mówił jej, że pójdzie sobie popić do Wiwerna – ale czy faktycznie to zrobił? Może siedział w tej swojej piwnicy. A może robił cokolwiek innego, nie miała możliwości, żeby wiedzieć – co ich teraz łączyło, skoro już nie żadne narzeczeństwo? Przyjaźń…? Trudno było powiedzieć.
Ale co tu było więcej komentować? No było i się skończyło. Wola rodziny żeby się zaręczyć i wola rodziny, żeby się… odręczyć. A Victoria znowu była zupełnie wolną kobietą. I nie zamierzała pozwolić, by choć jeszcze raz rodzina dyktowała jej życie, co to, to nie. To było o dwa razy za dużo. Zamierzała sama sobie nim pokierować, bo najwyraźniej rodzina nie miała do tego za grosz wyczucia biorąc pod uwagę jakich wyborów dokonywali i jak to się dla niej kończyło.
– Do pięciu – odparła na pytanie Laurenta. – Jak na moje, to Louvain się wyjątkowo mocno nie stara, z całym szacunkiem do Notta – powiedziała do Laurenta i Cynthii, gładko wpasowując się do rozmowy. Nie uważała go za dobrego w pojedynkach. W ogóle nie uważała tego za dobry pojedynek i nie miała pojęcia po co ta cała szopka. Oboje należeli do klubu pojedynków i to przecież z ramienia klubu było to całe widowisko. Atreus i Erik zdaje się również tam należeli. Victorię jakoś nigdy to nie jarało, szkoda jej było czasu na tę pokazówkę, zresztą mało to miało wspólnego z prawdziwą walką – może dlatego jej spojrzenie na to było tak wypaczone i tak naprawdę to guzik się znała. – No cóż, ostatnia tura. Szybko poszło – skomentowała, patrząc na pojedynek, jaki rozgrywał się na arenie. Westchnęła. – Nie znam Notta osobiście, więc powstrzymam się od komentarza – ale wszyscy sportowcy byli zarozumiali.
Nie patrzyła na nowo przychodzących ludzi, nie kręciła się – po prostu zerkała na arenę, z umiarkowanym zainteresowaniem prawdę powiedziawszy.