Mogła się załamać, a mogła… udawać, że wszystko jest w porządku. Wolała robić to drugie, zwłaszcza że już się poużalała nad sobą przez ostatnie dni, a pewnie jeszcze złapią ją momenty słabości i będzie się załamywać. Martwiła się, bardzo, bo póki co lekarze nie byli w stanie powiedzieć co się z nią w ogóle działo. Jej ojciec i inni, którzy ja w w pierwszy dzień po badali mieli teorie, że to jakaś utrzymująca się hipotermia że względu na pobyt w Limbo i spędzenie kilku godzin w korzeniach drzewa rosnącego do góry nogami, ale sama już nie wiedziała… to wychłodzenie chyba nie sprawiałoby, że nie jest w stanie czuć żadnego ciepła. I że nie działa na to żaden eliksir ani maść rozgrzewająca, ani gorąca kąpiel, ani właściwie nic. Czasami nadal się trzęsła, próbowała opatulić czymś ciepłym, nawet jeśli nic to nie dawało – minęło zbyt mało czasu, by mogła się całkowicie przyzwyczaić, ale po prostu robiła dobrą minę do złej gry…
Nie wiedziała, dlaczego Harper postanowiła sparować ją z Cainem. Może miała w tym jakiś cel, choćby taki, żeby ktoś miał na nią oko, jak będzie siedziała w biurze (a czekały ją długie dni nim wróci do służby w terenie), a może chodziło o niego, albo o nikogo właściwie i po prostu tak jej spasowało. Nie zamierzała w to wnikać, bo nie miała do tego kompetencji. Zawsze lepiej było mieć tego partnera niż nie… nawet jeśli ten jej miał sławę siedzącego w biurze. Nie przeszkadzało jej to póki co.
Ludzie widzieli dużo rzeczy. Tylko nie takie, jakie przydarzyły się jej, Mavelle, Patrickowi i Atreusowi. Co im dokładnie było nie wiedział absolutnie nikt. Nikt! A skąd ludzie wiedzieli, że w Limbo stali naprzeciwko Voldemorta – tego też nie wiedziała… ale jakoś się dowiedzieli i być może to połączenie zimna, Limbo i Voldemorta dawało mieszankę tego, że teraz pisano o nich w gazetach i… gapiono się na korytarzach Ministerstwa, kiedy próbowała się dostać do pracy.
- To dobrze. Trzeba dbać o swoje zdrowie i je regularnie kontrolować – odpowiedziała po prostu, nadal ciągnąć tę zaczepkę i dziwaczną wymianę zdań. Jej odpowiedź była wszystkim po trochu, i reakcja obronną, i frustracją, i urażoną dumą, ale także przekorą jej charakteru i próbą przejścia z tego nieszczęścia do porządku dziennego. To była walka z samą sobą.
- Jego zdanie nie interesuje mnie tak bardzo, żeby chcieć koniecznie je poznać. Sama sobie wyrobie opinię. Myślałam po prostu, że może trochę mi to ułatwisz– stwierdziła i zapatrzyła się na niego, po czym powoli ściągnęła z góry kupki pierwsza teczkę. Ale tylko ściągnęła, nawet nie zabrała się za jej otwieranie. - Takiego stałego to nie. Raczej z doskoku jak czegoś trzeba było – odpowiedziała już normalnie, bo czemu miałaby do wszystkiego podchodzić z defensywą. Wszystko wskazywało na to, że będą spędzać z sobą dużo czasu więc po co od razu wprowadzać między nimi negatywną atmosferę? I tak minęło trochę za mało czasu żeby Victoria była w stanie wyczuć Caina i to jaki jest, jedyne co jej póki co przychodziło do głowy, to to, że albo nie wiedział jak trzymać język za zębami, albo po prostu sam ją testował i celowo szturchał ją kijem, żeby wiedzieć z jakiej gliny jest ulepiona i jak wielką sztywniarą. - Nie przepytuje cię, po prostu stwierdziłam fakt. To było przyjazne zagajenie do rozmowy jeśli nie zauważyłeś – stwierdziła i odrobinkę uniosła brwi, ale nie w zdziwieniu, nie. W zainteresowaniu.