19.10.2023, 11:05 ✶
Po prawdzie nie budowała tego świata świadomie. W jej zachowaniach i stosunku wobec innych ludzi nie było fałszu - a przynajmniej nie innego niż uśmiech posyłany Borginowi w Ministerstwie czy uprzejme dzień dobry dla Fortinbrasa Malfoya, mijanego na korytarzu. A i przed nimi nie czarowała przecież, że ich lubi - ot nie okazywała jawnej niechęci. Brenna zresztą szczerze lubiła otaczające ją osoby, często nawet tych, którzy nie przepadali za nią. I bardzo wiele z nich wręcz kochała. Kochanie innych chyba przychodziło jej aż nazbyt łatwo.
Chyba nawet nie zgodziłaby się z tym, że ludzie tak łatwo jej ufali. Brat owszem, ale no... był jej bratem. I właściwie nawet nie próbowała go nigdy oszukiwać, przynajmniej póki ktoś inny nie chciał utrzymywać czegoś w tajemnicy.
Niemniej daleko było jej do Caina, prawdziwego mistrza kłamstw, który przy okazji tak wiele wiedział. Więcej niż domyślałaby się Brenna, chociaż doskonale dostrzegała, że był typem obserwatora. To mieli ze sobą wspólnego, on i jego kuzyn. Tyle że Patrick rzucał się w oczy jeszcze mniej.
Nikt nigdy nie wręczył jej chusteczki na otarcie łez, bo ostatni raz płakała w czyimś towarzystwie, mając jakieś pięć lat. Płakała zresztą ogólnie bardzo rzadko i nie pamiętała, kiedy coś takiego by się zdarzyło. Ale nosiła przy sobie chusteczki. Ktoś mógł takiej potrzebować. Albo ona - żeby otrzeć sobie krew z rozwalonego nosa.
- Och, Alka nigdy nie przebiję - stwierdziła, też się uśmiechając. Temat nie był łatwy, ale czy siedzenie teraz tutaj naprawdę z nosami na kwintę w czymkolwiek by pomogło? - Pewnego dnia wyczaruję mu nad głową taką małą, burzową chmurkę, żeby dobrze oddać jego nastrój - dodała, robiąc przy tym komiczną minę.
Moody wcale nie był pozbawiony poczucia humoru. I był naprawdę dobrym człowiekiem. Ale sytuacja życiowa i to, co działo się na świecie, zdawało się go przytłaczać coraz bardziej i bardziej. A Brenna trochę się o niego martwiła, ale też nie sądziła, że gdyby wyciągnęła do niego jawnie dłoń, zechciałby ją chwycić. Pozostawało jej czasem podsunąć mu ciasteczko i popleść głupoty za uszami.
- Ale jeżeli chodzi o ciebie... no weź, chcesz robić mi konkurencję w irytowaniu ludzi, a teraz jeszcze w trzymaniu nosa na kwintę? Ja naprawdę nie wiem, chyba powinnam cię zepchnąć z tej wieży, póki jesteśmy tutaj sami.
Były rzeczy, które się nie zmieniały. I miała nadzieję, że nie zmienią się szybko. Jedną z nich były cukierki i żaby w jej kieszeniach, rozdawane na prawo i lewo. Kiedy zdawało się jej, że ktoś jest smutny, kiedy pasowało to do sytuacji, albo kiedy po prostu postanawiała nagle taką wyciągnąć, bo niby dlaczego nie. Nie wierzyła już, że czekolada wszystko osłodzi, to działało tylko w Hogwarcie, ale jakoś... odruch po prostu pozostał.
A tuż po tym, jak przyłapła go na kradziezy tej żaby, przesłała mu ich setkę na święta, rzecz jasna anonimowo, bo jeszcze poczułby się głupio wiedząc, że to od niej. Wydała na to miesięczne kieszonkowe, ale kto by się przejmował, zwłaszcza, że potem na święta dostała od dziadka dwa razy tyle...
- Nawet nie sprawdzisz karty? Cios w samo serce - westchnęła, dotykając klatki piersiowej.
Po prawdzie nosiła niekiedy sukienki. Była mimo wszystko córką Potterówny, a i miała pewne obowiązki wobec rodziny. To Mavelle musiała ubierać w takie przemocą. Ot zwykle nie zakładała ich na co dzień - bo ograniczały ruchy - a i na przyjęciach wybierała zwykle te, które miały proste kroje, w żadnych krzykliwych kolorach, ułatwiające byciem tłem na salach balowych. Nie nadawała się do błyszczenia tam i ani myślała się ośmieszać, ale to nie tak, że byłaby gotowa gryźć i drapać, byleby nie założyć spódnicy.
- Naprawdę? Zwolennik Dumbledore'a czy Voldemorta? - spytała jawnie rozbawiona snutą przez niego wizją. Ach, małżeństwo. Może kiedyś zakładała, że kiedyś wyjdzie za mąż, bo to jednak w jej świecie było normalne, ale ta myśl dawno umarła w głowie Brenny, tak dawno, że chyba nie pamiętała, że ją kiedyś miała. Mężczyźni traktowali ją jak kumpla, nie lubili albo nie zauważali, a ona po prostu tak przywykła do sytuacji, że nawet nie wpadłoby jej do łba, by próbować to zmienić. Zresztą teraz, gdy zaczęła się wojna?
- Niech chociaż zadba o ładny pierścionek.
Spodziewała się raczej czarnego całunu niż białego welonu.
- Cieszę się, że jesteś z nami - przyznała szczerze. Dobrze było mieć wokół siebie trochę ludzi, przed którymi nie trzeba będzie udawać, zwłaszcza, że jemu akurat była skłonna zaufać - na tyle, na ile Brenna umiała zaufać komukolwiek.
Chyba nawet nie zgodziłaby się z tym, że ludzie tak łatwo jej ufali. Brat owszem, ale no... był jej bratem. I właściwie nawet nie próbowała go nigdy oszukiwać, przynajmniej póki ktoś inny nie chciał utrzymywać czegoś w tajemnicy.
Niemniej daleko było jej do Caina, prawdziwego mistrza kłamstw, który przy okazji tak wiele wiedział. Więcej niż domyślałaby się Brenna, chociaż doskonale dostrzegała, że był typem obserwatora. To mieli ze sobą wspólnego, on i jego kuzyn. Tyle że Patrick rzucał się w oczy jeszcze mniej.
Nikt nigdy nie wręczył jej chusteczki na otarcie łez, bo ostatni raz płakała w czyimś towarzystwie, mając jakieś pięć lat. Płakała zresztą ogólnie bardzo rzadko i nie pamiętała, kiedy coś takiego by się zdarzyło. Ale nosiła przy sobie chusteczki. Ktoś mógł takiej potrzebować. Albo ona - żeby otrzeć sobie krew z rozwalonego nosa.
- Och, Alka nigdy nie przebiję - stwierdziła, też się uśmiechając. Temat nie był łatwy, ale czy siedzenie teraz tutaj naprawdę z nosami na kwintę w czymkolwiek by pomogło? - Pewnego dnia wyczaruję mu nad głową taką małą, burzową chmurkę, żeby dobrze oddać jego nastrój - dodała, robiąc przy tym komiczną minę.
Moody wcale nie był pozbawiony poczucia humoru. I był naprawdę dobrym człowiekiem. Ale sytuacja życiowa i to, co działo się na świecie, zdawało się go przytłaczać coraz bardziej i bardziej. A Brenna trochę się o niego martwiła, ale też nie sądziła, że gdyby wyciągnęła do niego jawnie dłoń, zechciałby ją chwycić. Pozostawało jej czasem podsunąć mu ciasteczko i popleść głupoty za uszami.
- Ale jeżeli chodzi o ciebie... no weź, chcesz robić mi konkurencję w irytowaniu ludzi, a teraz jeszcze w trzymaniu nosa na kwintę? Ja naprawdę nie wiem, chyba powinnam cię zepchnąć z tej wieży, póki jesteśmy tutaj sami.
Były rzeczy, które się nie zmieniały. I miała nadzieję, że nie zmienią się szybko. Jedną z nich były cukierki i żaby w jej kieszeniach, rozdawane na prawo i lewo. Kiedy zdawało się jej, że ktoś jest smutny, kiedy pasowało to do sytuacji, albo kiedy po prostu postanawiała nagle taką wyciągnąć, bo niby dlaczego nie. Nie wierzyła już, że czekolada wszystko osłodzi, to działało tylko w Hogwarcie, ale jakoś... odruch po prostu pozostał.
A tuż po tym, jak przyłapła go na kradziezy tej żaby, przesłała mu ich setkę na święta, rzecz jasna anonimowo, bo jeszcze poczułby się głupio wiedząc, że to od niej. Wydała na to miesięczne kieszonkowe, ale kto by się przejmował, zwłaszcza, że potem na święta dostała od dziadka dwa razy tyle...
- Nawet nie sprawdzisz karty? Cios w samo serce - westchnęła, dotykając klatki piersiowej.
Po prawdzie nosiła niekiedy sukienki. Była mimo wszystko córką Potterówny, a i miała pewne obowiązki wobec rodziny. To Mavelle musiała ubierać w takie przemocą. Ot zwykle nie zakładała ich na co dzień - bo ograniczały ruchy - a i na przyjęciach wybierała zwykle te, które miały proste kroje, w żadnych krzykliwych kolorach, ułatwiające byciem tłem na salach balowych. Nie nadawała się do błyszczenia tam i ani myślała się ośmieszać, ale to nie tak, że byłaby gotowa gryźć i drapać, byleby nie założyć spódnicy.
- Naprawdę? Zwolennik Dumbledore'a czy Voldemorta? - spytała jawnie rozbawiona snutą przez niego wizją. Ach, małżeństwo. Może kiedyś zakładała, że kiedyś wyjdzie za mąż, bo to jednak w jej świecie było normalne, ale ta myśl dawno umarła w głowie Brenny, tak dawno, że chyba nie pamiętała, że ją kiedyś miała. Mężczyźni traktowali ją jak kumpla, nie lubili albo nie zauważali, a ona po prostu tak przywykła do sytuacji, że nawet nie wpadłoby jej do łba, by próbować to zmienić. Zresztą teraz, gdy zaczęła się wojna?
- Niech chociaż zadba o ładny pierścionek.
Spodziewała się raczej czarnego całunu niż białego welonu.
- Cieszę się, że jesteś z nami - przyznała szczerze. Dobrze było mieć wokół siebie trochę ludzi, przed którymi nie trzeba będzie udawać, zwłaszcza, że jemu akurat była skłonna zaufać - na tyle, na ile Brenna umiała zaufać komukolwiek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.