19.10.2023, 14:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2023, 17:36 przez Brenna Longbottom.)
Cain prawdopodobnie mógłby wmówić Brennie bardzo wiele, i mimo tego, że nie była naiwna (przynajmniej nie pod każdym względem) i miała skłonności do zakładania, że każdy kłamie (jak mogłoby być inaczej, skoro była gliną? Nie myślała tak w Hogwarcie, ale odkąd zaczęła pracować...) Był sprytny, ładnie kłamał, a poza tym widział wszystkie odcienie aur i doskonale wiedział, z której strony podejść człowieka. Poza tym miał w sobie coś takiego, co po prostu wzbudzało zaufanie.
Może to było rodzinne u Bletchleyów. Patrick i Danielle też mieli do tego talent.
- Jak to nie zauważy? Stała czujność, Cain! Przecież tę chmurę mógłby wyczarować śmierciożerca. Ale możemy sprawdzić, które z nas ma rację - stwierdziła.
To nie tak, że kpiła z Alastora. Żartowała, tak jak żartowałaby i z siebie. Jakoś łatwiej było tak, ale przecież martwiła się o Moodyego, nawet jeżeli nie była pewna, co dokładnie się dzieje i nie chciała zadawać zbyt wielu pytań. Brenna wypowiadała setki słów na minutę i zawracała ludziom głowę, ale przynajmniej próbowała respektować ich granice, kiedy ci te stawiali.
Uniosła lekko brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co mu chodziło z tym ciepłem - czy to nie jakiś kolejny żart, bo tak jakby zostawiła przecież otwarte okno, od którego wionęło chłodem. Dopiero kiedy wspomniał o rozpraszaniu chmur, roześmiała się. Cain Bletchley potrafił być naprawdę uroczym człowiekiem, kiedy chciał.
- Bardzo bym chciała to potrafić - przyznała szczerze. Och, oczywiście, że mogła komuś pomóc: nie zamierzała być tutaj skromna i udawać, że nie była oparciem dla swoich bliskich, bo nim była. Dokładnie tak samo, jak oni byli nim dla niej.
Niestety, rozproszenie wszystkich chmur nie leżało w jej mocy. Nie leżało chyba w mocy kogokolwiek. Nawet Dumbledore, tak potężny czarodziej, że zdawał się już czymś więcej niż człowiekiem, nie mógł tego zrobić - a przynajmniej nie z łatwością.
Nad ich światem zawisło jednak teraz zbyt wiele chmur, które przyniósł ze sobą Voldemort. Całe szczęście, że w Zakonie było już kilka osób - i będzie więcej - może razem zdołają je przepłoszyć.
- Czekoladowe żaby powinny być normą, a nie czymś, co się specjalnie docenia - stwierdziła żartobliwie, ale sięgnęła po żabę, by wrzucić ją do plecaka. Skoro życzył sobie jej na specjalną okazję, to na tę poczeka jakiejś absolutnie niesamowitej, z edycji limitowanej, najlepiej taką pięć razy większą niż normalna albo wypełnioną bitą śmietaną. - Uważam, że powinniśmy być czekoladożercami, bo wtedy wszyscy chcieliby do nas dołączyć. Ale możemy być też na przykład Armią Dropsa, chociaż to niezbyt poważnie brzmi... - stwierdziła z pewnym namysłem. - Dumbledore ma po prostu jedyny tytuł, którego zawsze chciał. "Pan dyrektor".
A Brenna nawet teraz odruchowo nazywała go dyrektorem zamiast Albusem. Niektóre rzeczy trudno było po prostu zmienić.
- Poza tym w przeciwieństwie do niektórych, nie ma manii wielkości - dodała z odrobiną goryczy, tym razem już nie w żartach. Bo czy to wszystko nie trwało właśnie z powodu manii wielkości Voldemorta? Czy nie siedzieli tu przez niego. - Chyba happy evil after - sprostowała jeszcze. Nie, na razie nie wpadła na to, że Cain mówi poważnie, ale... no pod tym względem byli do siebie podobni. Niekiedy ludzie sądzili, że mówią poważnie, gdy żartowali, a czasem z kolei wymyślali tak absurdalne rzeczy, że wszyscy brali prawdziwy plan za żart.
Zsunęła się z parapetu. Może po prostu w odruchu, który często nią wiódł, a może dlatego, że wcześniej wyciągnął do niej ręce albo że brzmiał jakoś smutno, nawet jeśli mówił, że się cieszy, sama pochyliła się ku niemu, by go uścisnąć, krótko i mocno.
- Idę o zakład, że trzydzieści lat temu ktoś tak samo rozmawiał o Grindewaldzie. A on padł. Voldemort też padnie - powiedziała, puszczając go. - Chcesz przejrzeć ze mną szafki w pracowni alchemików? - spytała, chwytając z powrotem swój notatnik, by ruszyć na inne piętro Strażnicy.
Może to było rodzinne u Bletchleyów. Patrick i Danielle też mieli do tego talent.
- Jak to nie zauważy? Stała czujność, Cain! Przecież tę chmurę mógłby wyczarować śmierciożerca. Ale możemy sprawdzić, które z nas ma rację - stwierdziła.
To nie tak, że kpiła z Alastora. Żartowała, tak jak żartowałaby i z siebie. Jakoś łatwiej było tak, ale przecież martwiła się o Moodyego, nawet jeżeli nie była pewna, co dokładnie się dzieje i nie chciała zadawać zbyt wielu pytań. Brenna wypowiadała setki słów na minutę i zawracała ludziom głowę, ale przynajmniej próbowała respektować ich granice, kiedy ci te stawiali.
Uniosła lekko brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co mu chodziło z tym ciepłem - czy to nie jakiś kolejny żart, bo tak jakby zostawiła przecież otwarte okno, od którego wionęło chłodem. Dopiero kiedy wspomniał o rozpraszaniu chmur, roześmiała się. Cain Bletchley potrafił być naprawdę uroczym człowiekiem, kiedy chciał.
- Bardzo bym chciała to potrafić - przyznała szczerze. Och, oczywiście, że mogła komuś pomóc: nie zamierzała być tutaj skromna i udawać, że nie była oparciem dla swoich bliskich, bo nim była. Dokładnie tak samo, jak oni byli nim dla niej.
Niestety, rozproszenie wszystkich chmur nie leżało w jej mocy. Nie leżało chyba w mocy kogokolwiek. Nawet Dumbledore, tak potężny czarodziej, że zdawał się już czymś więcej niż człowiekiem, nie mógł tego zrobić - a przynajmniej nie z łatwością.
Nad ich światem zawisło jednak teraz zbyt wiele chmur, które przyniósł ze sobą Voldemort. Całe szczęście, że w Zakonie było już kilka osób - i będzie więcej - może razem zdołają je przepłoszyć.
- Czekoladowe żaby powinny być normą, a nie czymś, co się specjalnie docenia - stwierdziła żartobliwie, ale sięgnęła po żabę, by wrzucić ją do plecaka. Skoro życzył sobie jej na specjalną okazję, to na tę poczeka jakiejś absolutnie niesamowitej, z edycji limitowanej, najlepiej taką pięć razy większą niż normalna albo wypełnioną bitą śmietaną. - Uważam, że powinniśmy być czekoladożercami, bo wtedy wszyscy chcieliby do nas dołączyć. Ale możemy być też na przykład Armią Dropsa, chociaż to niezbyt poważnie brzmi... - stwierdziła z pewnym namysłem. - Dumbledore ma po prostu jedyny tytuł, którego zawsze chciał. "Pan dyrektor".
A Brenna nawet teraz odruchowo nazywała go dyrektorem zamiast Albusem. Niektóre rzeczy trudno było po prostu zmienić.
- Poza tym w przeciwieństwie do niektórych, nie ma manii wielkości - dodała z odrobiną goryczy, tym razem już nie w żartach. Bo czy to wszystko nie trwało właśnie z powodu manii wielkości Voldemorta? Czy nie siedzieli tu przez niego. - Chyba happy evil after - sprostowała jeszcze. Nie, na razie nie wpadła na to, że Cain mówi poważnie, ale... no pod tym względem byli do siebie podobni. Niekiedy ludzie sądzili, że mówią poważnie, gdy żartowali, a czasem z kolei wymyślali tak absurdalne rzeczy, że wszyscy brali prawdziwy plan za żart.
Zsunęła się z parapetu. Może po prostu w odruchu, który często nią wiódł, a może dlatego, że wcześniej wyciągnął do niej ręce albo że brzmiał jakoś smutno, nawet jeśli mówił, że się cieszy, sama pochyliła się ku niemu, by go uścisnąć, krótko i mocno.
- Idę o zakład, że trzydzieści lat temu ktoś tak samo rozmawiał o Grindewaldzie. A on padł. Voldemort też padnie - powiedziała, puszczając go. - Chcesz przejrzeć ze mną szafki w pracowni alchemików? - spytała, chwytając z powrotem swój notatnik, by ruszyć na inne piętro Strażnicy.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.