Kim potrzebowała nudy w swoim życiu, bo każdy jej dzień był przygodą. Giovanni był swego rodzaju kotwicą, stabilnością i bezpieczeństwem. Wiedziała, że może zawsze do niego wrócić, bo on będzie dla niej opoką. Czuła się przy nim swobodnie, nie krępowała się niczym, bo wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy, nie powie zbereźnego żartu, nie klepnie w tyłek bez jej zgody jak często robili to mężczyźni podczas jej podróży.
Spojrzała na niego zmartwiona, przekrzywiła głowę w bok niczym ciekawski, ale smutny kot. Chciała móc zabrać jego troski i wrzucić do worka, a następnie do wody. Położyła na jego ramieniu dłoń nie pesząc się tym, że siedziała w samym szlafroku i piżamie. Nie potrzebowała się przejmować takimi rzeczami. Giovanni był cudowną osobą i czuła się przy nim swobodnie.
– Pora na przytulanie nigdy nie mija, mój drogi – szepnęła, a następnie po prostu go przytuliła.
Uścisk był na początku niepewny, a potem już silny i taki jak powinien być. Nie przejmowała się takimi głupotkami jak kultura, czy coś wypada, czy nie wypada. Widział ją w piżamie, bo w końcu dzielili razem pokój, a Kim nigdy nie sypia w pełni przykryta kołdrą, bo jest jej zawsze ciepło. Nawet teraz jej dłonie grzały jak kominek w zimową noc. Zamknęła oczy opierając podbródek na jego ramieniu, a jedną z dłoni wsunęła w jego włosy.
Kocham cię.
Chciała mu powiedzieć, ale nie zrobiła tego. Po prostu trwała w tym uścisku tak długo jak tylko on na to pozwalał.