19.10.2023, 19:51 ✶
Oddałem się rozmyślaniu o tym, co utraciliśmy. Błądziliśmy spojrzeniami po niebie, będąc tu razem. Gdzieś tam nieopodal ćwierkały ptaki, ale ogólnie było cicho i spokojnie, trochę tak, jak we śnie. Tak nierealnie, a jednak głowa Aveliny faktycznie spoczywała na moich nogach, a ja siedziałem sobie i opowiadałem jakąś pierwszą lepszą historię ze swojego dzieciństwa, trochę głupią, ale tak nie do końca. Pamiętałem, że wtedy czułem się podobnie jak teraz. Spokojny, wyciszony, pozbawiony jakichkolwiek przymiotów stresu.
Uśmiechnąłem się do niej, kiedy na mnie spojrzała i dotknęła mojej twarzy. Czułem każdy jej gest, każdy dotyk. Zamknąłem nawet oczy by jeszcze bardziej się na tym skupić, by to zapamiętać, wchłonąć w stu procentach. Skóra pod jej dotykiem przyjemnie mrowiła, a że dotykała też moich warg, to niechybnie przyszła mi ochota na kolejny całus, a może nawet namiętny pocałunek...? Taki głęboki, dziki, prawdziwy. Jak tam, w tej wodzie.
Otworzyłem oczy, bo jednak odezwała się pierwsza. I właściwie byłem zaskoczony jej wyznaniem. Nie spodziewałem się, że czekała na mnie, szczególnie po jej ostatnich słowach wypowiedzianych wtedy, w ten mój ostatni dzień w Hogwarcie. Tyle razy pragnąłem by to tak nie brzmiało, by się przełamać i ją odnaleźć, by coś zmienić, ale... Myślę, że brakowało mi odwagi. Byłem tak naprawdę nikim, kiedy skończyłem Hogwart. Zaczynałem wszystko od nowa. Głupi smark, ślepo słuchający Ojca.
- Naprawdę na mnie czekałaś? - zapytałem niepewny, bo może jednak śniłem, może jednak to nie była prawda, tylko fikcja mojego umysłu. - Tyle razy wyobrażałem sobie... Ale trzymałem się z dala, bo... Sama wiesz. Właściwie myślałem, że skreśliłaś mnie totalnie ze swojego życia i serio przyszedłem do ciebie tylko i wyłącznie po eliksiry - przyznałem, wzruszając ramionami. Zdawać by się mogło, że miało to miejsce wieki temu, a przecież tak naprawdę wcale nie tak dawno temu. Podobnie jak ten ambaras w pociągu. Przy Avelinie czas leciał zdecydowanie zbyt szybko. Pragnąłem go zatrzymać bądź wydłużyć możliwie jak najbardziej.
Teraz to ja położyłem dłoń na jej policzku, który delikatnie pogładziłem i otuliłem. Smutek wpełzł na moje wargi, ale może mogłem nas ocalić. Potrzebowałem jednakże jeszcze więcej odwagi, jeszcze więcej mocy w sobie by coś zmienić, wyrwać się z tego, co zaplanował mi los, napisać swoją książkę od nowa...? Nie wiem, czy byłem w stanie to zrobić. Bałem się, ale czułem, że dla niej było warto zaryzykować wszystko, bo nigdzie nie bywałem tak spokojny, przynajmniej przez ulotne chwile, jak przy niej. Miała w sobie ogień i cięty język, a jednocześnie była łagodna i ciepła. Zawsze wyobrażałem sobie, jak ją przytulam, jak chowam się w jej ramionach, w jej ciele przed światem.
- Wyjedźmy. Do Stanów albo do Kanady, może gdzieś na drugi koniec świata, do krajów azjatyckich...? - zaproponowałem, zastanawiając się, gdzie mogliśmy mieć lepszy start. Nie miałem pojęcia, czym mógłbym się tam zajmować, ale miałem wykształcenie medyczne, doświadczenie w kostnicy. Raczej poradziłbym sobie. Mogłem też dostosować się do wizji Aveliny i, nie wiem, hodować jakieś pomidory albo co. - Tylko ty i ja. Daleko stąd, gdzie nikt nie będzie miał nad nami kontroli - dodałem, zastanawiając się nad wściekłością Ojca albo Czarnego Pana. Między innymi dlatego wolałem zwiać bardzo daleko. Naprawdę bardzo daleko.
Uśmiechnąłem się do niej, kiedy na mnie spojrzała i dotknęła mojej twarzy. Czułem każdy jej gest, każdy dotyk. Zamknąłem nawet oczy by jeszcze bardziej się na tym skupić, by to zapamiętać, wchłonąć w stu procentach. Skóra pod jej dotykiem przyjemnie mrowiła, a że dotykała też moich warg, to niechybnie przyszła mi ochota na kolejny całus, a może nawet namiętny pocałunek...? Taki głęboki, dziki, prawdziwy. Jak tam, w tej wodzie.
Otworzyłem oczy, bo jednak odezwała się pierwsza. I właściwie byłem zaskoczony jej wyznaniem. Nie spodziewałem się, że czekała na mnie, szczególnie po jej ostatnich słowach wypowiedzianych wtedy, w ten mój ostatni dzień w Hogwarcie. Tyle razy pragnąłem by to tak nie brzmiało, by się przełamać i ją odnaleźć, by coś zmienić, ale... Myślę, że brakowało mi odwagi. Byłem tak naprawdę nikim, kiedy skończyłem Hogwart. Zaczynałem wszystko od nowa. Głupi smark, ślepo słuchający Ojca.
- Naprawdę na mnie czekałaś? - zapytałem niepewny, bo może jednak śniłem, może jednak to nie była prawda, tylko fikcja mojego umysłu. - Tyle razy wyobrażałem sobie... Ale trzymałem się z dala, bo... Sama wiesz. Właściwie myślałem, że skreśliłaś mnie totalnie ze swojego życia i serio przyszedłem do ciebie tylko i wyłącznie po eliksiry - przyznałem, wzruszając ramionami. Zdawać by się mogło, że miało to miejsce wieki temu, a przecież tak naprawdę wcale nie tak dawno temu. Podobnie jak ten ambaras w pociągu. Przy Avelinie czas leciał zdecydowanie zbyt szybko. Pragnąłem go zatrzymać bądź wydłużyć możliwie jak najbardziej.
Teraz to ja położyłem dłoń na jej policzku, który delikatnie pogładziłem i otuliłem. Smutek wpełzł na moje wargi, ale może mogłem nas ocalić. Potrzebowałem jednakże jeszcze więcej odwagi, jeszcze więcej mocy w sobie by coś zmienić, wyrwać się z tego, co zaplanował mi los, napisać swoją książkę od nowa...? Nie wiem, czy byłem w stanie to zrobić. Bałem się, ale czułem, że dla niej było warto zaryzykować wszystko, bo nigdzie nie bywałem tak spokojny, przynajmniej przez ulotne chwile, jak przy niej. Miała w sobie ogień i cięty język, a jednocześnie była łagodna i ciepła. Zawsze wyobrażałem sobie, jak ją przytulam, jak chowam się w jej ramionach, w jej ciele przed światem.
- Wyjedźmy. Do Stanów albo do Kanady, może gdzieś na drugi koniec świata, do krajów azjatyckich...? - zaproponowałem, zastanawiając się, gdzie mogliśmy mieć lepszy start. Nie miałem pojęcia, czym mógłbym się tam zajmować, ale miałem wykształcenie medyczne, doświadczenie w kostnicy. Raczej poradziłbym sobie. Mogłem też dostosować się do wizji Aveliny i, nie wiem, hodować jakieś pomidory albo co. - Tylko ty i ja. Daleko stąd, gdzie nikt nie będzie miał nad nami kontroli - dodałem, zastanawiając się nad wściekłością Ojca albo Czarnego Pana. Między innymi dlatego wolałem zwiać bardzo daleko. Naprawdę bardzo daleko.