Nie była przesadnie empatyczna, ale to nie tak, że nie posiadała zdolności współodczuwania. Posiadała, tylko przykryta była chłodną analizą i pragmatyzmem właśnie. Czy było to coś złego? A to już zależało kto pytał.
– Powiedziałabym, że mieszanka jednego i drugiego – odpowiedziała za to. A ile jednego w stosunku do drugiego, to już musiał odkryć sam, a Matka mi świadkiem, że Victoria nie była osobą, która nadmiernie by takiemu poznaniu utrudniała. Partner w pracy takiej jak ich oznaczał, że będą spędzali ze sobą mnóstwo czasu; jasne, pewnie czasem trzeba będzie się inaczej podzielić, ale domyślnie zostali sparowani jako duet pracujący razem, znaczy, że Harper uznała, że ich umiejętności uzupełniają się wzajemnie i będą dobrze razem współdziałać. Victoria nie wiedziała kiedy decyzja została podjęta – czy na szybko po Beltane, czy jednak zapadła już wcześniej i wszystko czekało aż Cain wróci, ale nie było to nadmiernie istotne… chyba. Szpileczki jakie wbijał w jej mięciutkie ciałko nie przechodziły przez warstwę muru, jakim się otoczyła i w rezultacie tylko patrzyła na niego, mrugała i się uśmiechała… albo nie, zależy. Ale nie wyglądało na to, żeby była jakoś dotknięta jego słowami. Dotknęło to ją, że jej matka tak się wzdrygnęła kiedy ją złapała, a obcy człowiek… Bletchley nawet się nie wzdrygnął, a miał do tego pełne prawo. Jego komentarz o tym, że jest cieplutka też był o wiele lepszy niż te, które słyszała pod swoim adresem w szpitalu polowym: że jest zimna tak, jakby dotykało się… trupa. To było niemiłe, a nie to co mówił Cain.
Niekoniecznie miała wielką wiarę w biuro, po prostu była realistką i po tych trzyletnich kursach był jeszcze egzamin. I nie wszyscy go zdawali. Skoro więc Cain go zdał, no to znaczyło, że się nadawał w jakimś tam stopniu, tak czy nie? No tak. Znaczyło, że posiadał umiejętności, dzięki którym był tutaj potrzebny – to było tak proste jak to, nie było w tym żadnej większej filozofii.
– Och, a to to były żarty? – „zdumiała” się z poważną miną, tylko odrobinę unosząc brwi. Brzmiała tak samo… niemal zblazowanie jak cały czas, nie było większej różnicy w intonacji ale tak prawdę powiedziawszy to nawet w tym momencie nie była wina skrycia się za kapturkiem z oklumencji. Była po prostu… nadal zmęczona. Zresztą nie od parady przyniosła ze sobą eliksiry na wzmocnienie organizmu. I nie, to nie tak, że wierzyła, że Cain mówił poważnie, absolutnie nie. – A kiedy? Trochę nie bardzo był na to czas, dzisiaj pierwszy raz wyszłam z domu. Po prostu napisałam do Moody, że potrzebuję na jakiś czas jedynie pracy w biurze, bo będę tylko zawadzać w terenie. Zgodziła się i napisała mi po prostu, że teraz będziesz moim partnerem i który pokój i tak dalej – niemalże wzruszyła ramionami, niemalże, bo ruch jaki wykonała był ledwie widoczny. – Nawet nie bardzo się orientuję co się dzieje, ani co się mówi – stwierdziła i pierwszy raz spojrzała w kierunku drzwi, ale bardzo szybko wróciła wzrokiem do bruneta. Wysłuchała go ze swoim zwyczajowym skupieniem i po tym, gdy przedstawił jej swoje zdolności, pokiwała głową. I nawet się uśmiechnęła – blado bo blado, ale jednak. – W porządku. Ty moje akta czytałeś, czy też ci powiedzieć to i owo? – miała wrażenie, że całkiem gładko udaje jej się wyczuć kiedy Cain mówi serio, a kiedy nie, ale to było póki co tylko przeczucie. Zaś po tym, co o sobie powiedział, to doszła do wniosku, że ich zdolności się uzupełniają. To dobrze. – O mapy się nie martw – ona nie miała takich problemów na całe szczęście. Nie umknęło jej uwadze przekleństwo, ale nic na ten temat nie powiedziała.
– Nie powiedziałam, że to prawda, tylko, że niektórzy tak uważają – zauważyła, ale wcale nie była pewna, że on wyczuł jej naprawdę beznadziejne poczucie humoru. Za to chwilę później cicho wypuściła powietrze przez nos, w takim cichutkim parsknięciu. – Słowo bezpieczeństwa. No dobrze, skoro uważasz, ze jest potrzebne, to możemy je ustalić. I może być tym absurdalnym, które podałeś, obojętnie mi – rzeczywiście skojarzyło jej się to bardziej z jakimś seksualnym tematem, ale atmosfera pomiędzy nimi w tym momencie nie była w żadnym wypadku dwuznaczna, więc nie miała nic przeciwko pociągnięcia tego tematu troszkę dalej. – No. Spójrz. Ty robisz już chyba trzecią teczkę, a ja ledwie otworzyłam pierwszą i nawet nie wzięłam do ręki pióra – takie miganie się miała na myśli, bo nie czuła absolutnie żadnych wyrzutów sumienia z tego tytułu, że siedziała teraz na krześle za biurkiem, a nie biegała po Kniei Godryka. Jasne, lubiła doprowadzać sprawy do końca, nie raz zostawała na nadgodzinach, ale starała się zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek i jednak odpocząć porządnie, nie robiąc z każdej aktywności poza Ministerstwem pracy. – Mur Londyński? A oddzialał co od czego?