To dobrze, to znaczyło, że każdy wychodził z tej małej wojenki zwycięski, a nikt pokonany. To dobrze wróżyło na przyszłość, skoro nie pozabijali się przy pierwszej dłuższej, przeprowadzonej sam na sam rozmowie, a na pewno też się przy tym nie pobili, ani nic nie spłonęło. Może więc nie będzie tak źle szła przyszła współpraca, skoro pomimo sporych wątpliwości (przynajmniej od strony Caina), Victoria, która absolutnie nie była w żadne szczytowej, ani w ogóle tak naprawdę w żadnej formie, zdołała go do siebie swoim chłodnym obyciem (i chłodnym dotykiem…) nie zrazić. Miało być tylko lepiej, tak?
– Zaśmiałam – przyznała, nadal się nie uśmiechając. – A nie było tego widać? – jasne, ze nie było, bo nie wybuchnęła śmiechem, ani nic z tych rzeczy. Ale nie brzmiała na obrażoną, nie robiła fochów, nie wywracała oczami – znaczy, że było dostatecznie śmieszne, by nijak tego nie komentować. Do Harper zaszła, ale jej nie zastała, z pewnością będzie ją próbowała łapać później, ale rozumiała, że sprawa była napięta na tyle, że nawet szefowa nie musiała siedzieć na miejscu, cholera wie co robiła. Victoria nie zamierzała spędzić całego dnia pod jej gabinetem i całować się z klamką, dlatego poszła do siebie – i dobrze zrobiła, bo przynajmniej mogła się zapoznać z Bletchleyem. Miło się do niej uśmiechał i jej też było przez to milej. Jej próby były jakie były, bo po prostu nie miała na to tyle siły, ile by sobie życzyła. Ale pomalutku do celu… Kiwnęła tylko głową na wiadomość, że zapoznał się z jej aktami, więc tę formalną część mieli już za sobą.
Uśmiechnęła się niieeeeco bardziej, kiedy odpowiedział jej pięknym za nadobne i właściwie użył podobnego zwrotu, który ona chwilę wcześniej wobec niego – że mało ją obchodzi zdanie jego poprzedniego partnera i woli przekonać się sama. To mówiło jej tylko, że nie ma do czynienia z tłukiem, a z facetem, który słucha, i to słucha uważnie. Rzecz jasna nie miała prawa wiedzieć, że to było jego przekleństwo – pamiętać absolutnie wszystko… Ale to nic, mogła na tej podstawie wyciągnąć własne wnioski.
– Rozumiem – powiedziała bez cienia wyrzutu, spoglądając na swoją kupkę, aż w końcu odkorkowała atrament i wzięła do ręki pióro. Zrozumiała z jego słów, że nie wiedział czego się po niej spodziewać i trochę się tego obawiał. Nie mogła go za to winić, bo ludzie zwykle mieli o niej zupełnie mylne wrażenie nim zdołali ją choć odrobinę poznać. Nie była pewna z czego to się właściwie bierze. Z nazwiska? Ze statusu w świecie czarodziejów? …teraz to może i z nagłego rozgłosu. – Mówiłam, że miło – wytknęła mu cicho, nim wczytała się w pierwsze linijki dokumentu, który jej się trafił.
To miał być długi dzień – dla niej długi, skoro ostatnie jeśli nie przeleżała, to spędziła w ciszy i samotności. A kiedy rozniosło się, że wróciła do biura, to nagle wiele osób chciało ją zobaczyć i na własne oczy dowiedzieć się, jak wygląda ktoś, to wlazł do Limbo, a potem wypełzł stamtąd… żywy.
W którymś momencie musiała zamknąć drzwi pokoju na klucz.