19.10.2023, 23:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2023, 23:43 przez Merkuria Rosier.)
18 października 1969
Hala widowiskowa, aleja Horyzontalna || Merkuria Rosier & Laurent Prewett
Święta Morgano, trzeba było się pokusić o ten szal przed wyjściem, rozpaczała Mercy, przeklinając brak własnego pomyślunku. Już chyba nikomu w tym mieście nie można było ufać w kwestii odpowiedniego przyjęcia gości. Na hali było cholernie zimno. W sumie był październik, jednak... Chociaż korony drzew zdążyły już w dużej mierze wyzbyć się swych liści, odsłaniając nagie gałęzie, ona dalej żyła latem.
Dalej łapała się na tym, że chciała poprawiać szkice przy otwartych na oścież drzwiach balkonowych w rodzinnej kamienicy. Tęskniła za lunchami z innymi krawcowymi w magicznych ogrodach i tęskniła za późnymi zachodami słońca, przy których bez większego skrępowania wlewała w siebie kolejne porcje szampana. Teraz na mieście było tylko szaro, ponoru i mokro. Wzdrygnęła się, gdy otworzono za nimi drzwi na halę przed kolejnymi gośćmi.
— Nie zimno Ci, tatku? — spytała zachrypniętym głosem, przybierając pogodny wyraz twarzy. — Trzeba było posłać skrzaty na strych po jesienne płaszcze. Organizatorzy chyba zapomnieli o zaklęciach rozgrzewających. — Mimochodem poprawiła wiązania peleryny wyjściowej; jedynej poważnej ochrony jej pleców przed chłodnym powietrzem. — Zamarzniemy tu, zanim rozdadzą te wszystkie statuetki.
Zaśmiała się krótko z własnego komentarza, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Gdyby wiedziała, że Departament Magicznych Gier i Sportów tak słabo sobie radził z organizacją przyjęć, to już kilka dni wcześniej zaczęłaby odciągać uwagę Rigellusa od tego wyjścia. Znalazłaby sposób. Rosierów w Domu Mody było pełno, w każdym dziale był jakiś.
Któryś z kuzynów na pewno był bardziej zainteresowany rozdaniem nagrody za „ponadprzeciętne osiągnięcia z dziedziny sportu”. Cokolwiek to miało znaczyć. Rozdawano teraz ścigającym dyplomy za zrobienie fikołka w powietrzu, a może pałkarzom za odpowiednio mocne trzaśnięcie kogoś w potylicę przy asyście tłuczka? Pokręciła głową.
— Powinniśmy znaleźć stolik i...
Zanim zdołała dokończyć zdanie, gdy na drodze stanął im jeden z gości i zamknął jej ojca w ramach powitania w niedźwiedzim uścisku. Merkuria otworzyła usta i zrobiła gwałtowny krok w tył, chcąc za wszelką cenę uniknąć tej wątpliwej przyjemności. W powietrzu unosił się zapach tytoniu i alkoholu. Krzywiąc się z tego pokazu przyjaźni i braterstwa, cofnęła się jeszcze dalej i... nastąpiła komuś obcasem na but. Momentalnie odskoczyła i spojrzała się przez ramię.
— Oh, najmocniej przepraszam! To moja wina, mogłam bardziej uwa... — Opuściła wzrok na chłopaka – nie, nie – mężczyznę, na którego wpadła. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby w jej głowie zaświtało jego imię i nazwisko. — Laurent. Ty tutaj?
Rozejrzała się na boki. Gdziekolwiek zerkała, widziała mężczyzn w garniturach i szatach wieczorowych oraz kobiety wystrojone w swoje najlepsze suknie. Większości z nich nie znała. Raczej nie mieli zbyt wiele wspólnego ze światem mody. Spodziewała się tu spotkać kilka modelek, które miały podpisany kontrakt z jej rodzinnym Domem Mody. Bądź co bądź, piękne kobiety przyciągały uwagę przystojnych panów, którzy od dzieciaka latali za piłką. A czasami nawet za kilkoma. Ale żeby trafić tu na Prewetta? To była niespodzianka. Miła niespodzianka.
— Wyglądasz obłędnie! — Nie mogła się powstrzymać i złapała za rękaw jego marynarki, gładząc go z uwagą. Miała wrażenie, że materiał rozpływa się między jej palcami. To nie była byle taniocha z sieciówki. Co to, to nie. — Powinnam być zazdrosna? Nie wygląda mi to na coś z pracowni Rosierów.. Sprowadzana ze zza granicy? Nicpoń z ciebie.
Chociaż dawny przyjaciel z czasów szkolnych prezentował się naprawdę dobrze, tak Mercy doskonale wiedziała, że są na bardzo zbliżonym poziomie. Jej ciemna spódnica była z jedwabiu, który mienił się w świetle, podkreślając przy tym czerń lakierowanej skóry butów na obcasie. Całość dopełniała koszula w kolorze zgniłej zieleni z długimi rękawami z bufkami i wiązaniami przy szyi oraz tiara wyjściowa przyozdobiona błyszczącymi kryształkami i piórami. Nakrycie głowy zakrywało część jej twarzy.
Dalej łapała się na tym, że chciała poprawiać szkice przy otwartych na oścież drzwiach balkonowych w rodzinnej kamienicy. Tęskniła za lunchami z innymi krawcowymi w magicznych ogrodach i tęskniła za późnymi zachodami słońca, przy których bez większego skrępowania wlewała w siebie kolejne porcje szampana. Teraz na mieście było tylko szaro, ponoru i mokro. Wzdrygnęła się, gdy otworzono za nimi drzwi na halę przed kolejnymi gośćmi.
— Nie zimno Ci, tatku? — spytała zachrypniętym głosem, przybierając pogodny wyraz twarzy. — Trzeba było posłać skrzaty na strych po jesienne płaszcze. Organizatorzy chyba zapomnieli o zaklęciach rozgrzewających. — Mimochodem poprawiła wiązania peleryny wyjściowej; jedynej poważnej ochrony jej pleców przed chłodnym powietrzem. — Zamarzniemy tu, zanim rozdadzą te wszystkie statuetki.
Zaśmiała się krótko z własnego komentarza, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Gdyby wiedziała, że Departament Magicznych Gier i Sportów tak słabo sobie radził z organizacją przyjęć, to już kilka dni wcześniej zaczęłaby odciągać uwagę Rigellusa od tego wyjścia. Znalazłaby sposób. Rosierów w Domu Mody było pełno, w każdym dziale był jakiś.
Któryś z kuzynów na pewno był bardziej zainteresowany rozdaniem nagrody za „ponadprzeciętne osiągnięcia z dziedziny sportu”. Cokolwiek to miało znaczyć. Rozdawano teraz ścigającym dyplomy za zrobienie fikołka w powietrzu, a może pałkarzom za odpowiednio mocne trzaśnięcie kogoś w potylicę przy asyście tłuczka? Pokręciła głową.
— Powinniśmy znaleźć stolik i...
Zanim zdołała dokończyć zdanie, gdy na drodze stanął im jeden z gości i zamknął jej ojca w ramach powitania w niedźwiedzim uścisku. Merkuria otworzyła usta i zrobiła gwałtowny krok w tył, chcąc za wszelką cenę uniknąć tej wątpliwej przyjemności. W powietrzu unosił się zapach tytoniu i alkoholu. Krzywiąc się z tego pokazu przyjaźni i braterstwa, cofnęła się jeszcze dalej i... nastąpiła komuś obcasem na but. Momentalnie odskoczyła i spojrzała się przez ramię.
— Oh, najmocniej przepraszam! To moja wina, mogłam bardziej uwa... — Opuściła wzrok na chłopaka – nie, nie – mężczyznę, na którego wpadła. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby w jej głowie zaświtało jego imię i nazwisko. — Laurent. Ty tutaj?
Rozejrzała się na boki. Gdziekolwiek zerkała, widziała mężczyzn w garniturach i szatach wieczorowych oraz kobiety wystrojone w swoje najlepsze suknie. Większości z nich nie znała. Raczej nie mieli zbyt wiele wspólnego ze światem mody. Spodziewała się tu spotkać kilka modelek, które miały podpisany kontrakt z jej rodzinnym Domem Mody. Bądź co bądź, piękne kobiety przyciągały uwagę przystojnych panów, którzy od dzieciaka latali za piłką. A czasami nawet za kilkoma. Ale żeby trafić tu na Prewetta? To była niespodzianka. Miła niespodzianka.
— Wyglądasz obłędnie! — Nie mogła się powstrzymać i złapała za rękaw jego marynarki, gładząc go z uwagą. Miała wrażenie, że materiał rozpływa się między jej palcami. To nie była byle taniocha z sieciówki. Co to, to nie. — Powinnam być zazdrosna? Nie wygląda mi to na coś z pracowni Rosierów.. Sprowadzana ze zza granicy? Nicpoń z ciebie.
Chociaż dawny przyjaciel z czasów szkolnych prezentował się naprawdę dobrze, tak Mercy doskonale wiedziała, że są na bardzo zbliżonym poziomie. Jej ciemna spódnica była z jedwabiu, który mienił się w świetle, podkreślając przy tym czerń lakierowanej skóry butów na obcasie. Całość dopełniała koszula w kolorze zgniłej zieleni z długimi rękawami z bufkami i wiązaniami przy szyi oraz tiara wyjściowa przyozdobiona błyszczącymi kryształkami i piórami. Nakrycie głowy zakrywało część jej twarzy.