Widząc, że Brenna radzi sobie bez większych problemów ze skuwaniem mężczyzny, Victoria opuściła swoją różdżkę, a tę, która nie należała do niej, schowała do kieszeni. Była całkowicie gotowa na protesty, oni zazwyczaj zaprzeczali wszystkiemu, czego się im zarzucano.
- Oraz pod zarzutem ataku na brygadzistę – dodała nie podnosząc głosu, i wcale nie miała tutaj na myśli siebie czy Brenny, a Apolla. W końcu to ten kupiec czy kimkolwiek był, zaatakował jako pierwszy jeszcze zanim mu się pokazali i zdołali wykonać pierwszy ruch. - Rozumiem, że ta Drętwota w drzewo to tak czystym przypadkiem, bo akurat w środku nocy ćwiczyłem zaklęcia na sowach – dopowiedziała całkowicie nieprzekonana, mówiąc cały czas tym samym tonem głosu – pozbawionym złości czy rozbawienia.
Jeśli stażysta nie był całkowitym tłukłem to powinien sobie poradzić z cieniem Apollo, jeśli nie, to zrobi to ona, ale póki co wolała się skupić na złapanym, który w końcu przestał kręcić, że ma z tym wszystkim cokolwiek wspólnego.
- Zrobimy tak – odezwała się w końcu po chwili, po tym jak przestała kątem oka spoglądać na Michaela i rozglądać się wkoło, bo nie chciała tracić czujności dlatego, że kogoś złapali. Mógł tutaj być z kimś. Ale w końcu skupiła się na skutym mężczyźnie. - Wpuścisz nas do środka, zabierzemy cię do Ministerstwa i porozmawiamy sobie miło, a jeśli twoje informacje będą się do czegoś nadawały, to dopilnujemy, żeby niczego ci nie zrobił. Dementorzy też – powiedziała to takim tonem jakby to była propozycja nie do odrzucenia i w zasadzie to trochę. Je była. To znaczy miał wybór, mógł wybrać opcję zdecydowanie trudniejszą i mniej dla siebie przyjemną.
Miał czas się namyślić, ledwie chwilę, ale Victoria bez słowa odeszła w kierunku stażysty i Apolla.
- I jak? Finite podziałało? – powinno o ile rzucił je poprawnie.