Kiwnęła głową zamiast odpowiedzi – tak, w miasteczku też. I tak, był to straszny bałagan, na szczęście jedynie na skalę lokalną, więc Ministerstwo jakoś sobie z tym radziło… Ale już widziała, tak z własnego doświadczenia, ile roboty tu musiało mieć Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe… Gdyby nie to, że zmieniła Departament, to byłaby tutaj teraz z nimi… Albo i nie, bo możliwe, że gdyby nie ona, to nikt nie wszedłby do Limbo powstrzymać Voldemorta? Jakby nie było… Pomimo mnóstwa swoich wątpliwości czuła, ze odegrała w tym wszystkim kluczową rolę, nawet jeśli większości rzeczy ni cholery nie rozumiała.
I jeszcze długo miała nie zrozumieć – ale nie wyprzedzajmy faktów. To nie tak, że się alienowała. Ona po prostu czas, jaki mogła wykorzystać na spotkania towarzyskie, przeznaczała na szukanie informacji o tym, co jej się stało. I jak to do kurwy odkręcić. Nie chciała do końca swoich marnych dni być zimna jak lód.
– Oszalałeś? Oczywiście, że nie jestem. Jest czas na pracę i czas na przyjemności – albo na „nie pracę” jak miała ochotę odpowiedzieć, ale znowu ugryzła się w język. – A ty? Jesteś na wiecznej służbie? – prawdę mówiąc to nie wyglądał na takiego, ale pozory lubiły mylić. Dokładnie tak samo jak myliły w stosunku do niej. Jak to ktoś zdążył ją już nazwać: była białą owcą Lestrange, puchatym, łagodnym zajączkiem rodziny, cynamonową, słodką bułką… do czasu, aż się nie zdenerwowała, albo nie traciła cierpliwości, a zwykle potrzeba było trochę czasu, żeby ją z równowagi wyprowadzić. Wtedy budziła się prawdziwa harpia, ale tej Cain nie miał okazji oglądać i oby w przyszłości też mu się to nie przytrafiło. Jej jabłko zdecydowanie upadło daleko od jabłoni – albo po prostu sturlało się z górki i tak sobie smętnie leżało, ani przy innych jabłuszkach, ani nie takie piękne, bo poobijane…
To by dopiero było… Aurowidz skrywający się za szlafrokiem oklumencji. Na szczęście dla Caina – aurowidzem nie była, legilimentą również nie, co zapewne mogło być jego druga, niepokojąca myślą. Była za to osobą, która sporo obserwowała, nawet jeśli nie była jakąś wielką duszą towarzystwa i mogła się wydawać całkowicie pochłoniętą na pracy sztywniarą, to – obserwowała i wyciągała swoje wnioski. Natomiast Cain bardzo ją przecenił, bo nie miała nic złego na myśli, za to jej poważny (jak zazwyczaj…) ton musiał zrobić swoje. Czy byłoby nieodpowiednie napisać, że podobało jej się to, jak się uśmiechał? To był miły uśmiech, nie wiedziała czy był szczery, czy nie, ale był miły. Ona sama ostatnio uśmiechała się za to o wiele zbyt mało.
– Sądziłam, że już ustaliliśmy, że to ty jesteś naczelnym plotkarzem naszego pokoju. A skoro nawet do mnie doszły pewne słuchy na mój własny temat, to dam sobie paznokcia uciąć, że do ciebie również. Skoro więc mówisz, że nie słyszałeś, to zakładam, że kłamiesz. To dość prosty proces dedukcyjny – wyjaśniła mu, jak to miała w zwyczaju ludziom tłumaczyć różne rzeczy, które stały za jej doborem słów czy gestów. Nie była to żadna prowokacja, nie była też strzałem z dupy. Było to poparte czystą obserwacją i logiką, nic więcej.
– Dzięki, to mi wystarczy – stwierdziła i nawet zrobiło jej się jakoś lepiej z myślą, że gdyby znowu miało się coś takiego dziwnego odwalić, to przynajmniej może liczyć na to, że zostanie zatrzymana. Kiedy tak na nią spojrzał, to też się uśmiechnęła, odrobinę wyginając te swoje pełne usta, nie pociągnięte obecnie żadną szminką, ani nic takiego. Te oczy też miał ładne. I prawdą było, że ludzie potrzebowali towarzystwa, nawet takie osoby, które wcale nie przepadały za tłumami. Natomiast Victoria na razie mierzyła się z wieloma rzeczami, które nie do końca pozwalały na to, by w pełni cieszyć się życiem – i lwia cześć miała swoje źródło w tym cholernym Beltane.