Obrazić by się może i nie obraziła, ale cholernie pewne, że byłoby jej przykro. Obrażała się za mocniejsze rzeczy od osób znacznie jej bliższych, a Cain… nie znali się specjalnie dobrze, ani tym bardziej długo, ta znajomość była zaledwie w powijakach i tak naprawdę wiedzieli o sobie tyle, co zdołali z siebie wyciągnąć, zaobserwować i gdzieś tam zasłyszeć od innych ludzi. Bo oczywiście, ze Victoria też słyszała to i owo, po prostu wolała wyrobić sobie opinię sama, a w tym momencie nie była nastawiona negatywnie. Wydawało jej się, że dość płynnie porusza się pomiędzy tym, co jest żartem, a tym co jest prawdą, w rozmowach z Bletchleyem. I może nie była kompanem, jakiego sobie wymarzył, bo z początku jeszcze próbowała nabrać sił i nie była przesadnie rozmowna (i wyglądała źle), a teraz też wcale nie szukała towarzystwa innych, bo w głowie robiła sobie cały plan tego, gdzie pójdzie po pracy, gdzie będzie szukać, który dział ksiąg w bibliotece sprawdzać… To było bardzo dużo ciężaru i pracy na jedną, niewysoką Lestrange, a przy tym starała się nie być niedostępna i dać się poznać. Tak samo jak próbowała poznać swojego partnera, ale nie robiła tego bardzo nachalnie, chcąc dać mu jego przestrzeń, by nie czuł się przy niej nieswojo. Nie oceniała. Robiła to rzadko, tak przynajmniej starała się o sobie myśleć, rozkładając słowa i czyny innych na czynniki pierwsze, zastanawiając się skąd taki a nie inny dobór słów, skąd taka mina, skąd taki ruch… Nie zawsze jej się to udawało, zwłaszcza gdy emocje brały górę, ale się starała, naprawdę. Tym niemniej chyba rzeczywiście powiedzieć o kimś, ze jest „sympatyczny” to jak stwierdzić, że cię ta osoba w ogóle nie obchodzi i nie masz nic więcej do powiedzenia. Victoria na ten przykład powiedziałaby o Cainie, że jest „zabawny” – bo był, przynajmniej w jej poczuciu humoru.
Oj, to by się Cain zdziwił, jakby ja w takiej knajpie zobaczył, bo nie była to wizja niemożliwa, a nawet się zdarzała. Może niekoniecznie w tym miesiącu, ale Victoria wcale nie była taką sztywniarą, za jaką ją wszyscy mieli. Owszem, nie była głośna, nie uznawała za zabawne rozrabiania i robienia świńskich żartów, i lubiła wieczory z dobrą książką w ręce, ale lubiła też wyjść na miasto – czy to do restauracji, czy do knajpy na alkohol (nawet jeśli nie piła strasznie dużo, bo od razu przypominał jej się alkoholowy trip po egzaminach w Hogwarcie…), i uwielbiała tańczyć. Zaś odznaka… Może i ją wszędzie nosiła (zgoda), ale to raczej tak „na wszelki wypadek” i wcale nie wychylała się pierwsza tam, gdzie można było przymknąć oko.
– Jest różnica pomiędzy noszeniem odznaki wszędzie, a ciągłym byciem w pracy – zauważyła, nie wiedząc jak rozumieć jego odpowiedź, bo choćby biorąc poprawkę na siebie, można to było rozumieć dwojako, a Cain użył też takich a nie innych słów… Chciała wiedzieć i chciała poznać, ale niekoniecznie wyciągać wnioski z własnych domysłów za każdym razem, kiedy wcale nie miała odpowiedniej ilości danych.
To akurat zabawne, bo Victoria nie miała wiele do ukrycia. Ukrywała swoje myśli i aurę, uczucia i emocje, bo nie chciała, by ktoś grzebał jej w głowie. Jej myśli miały być tylko jej myślami – i było to jedyne miejsce, gdzie mogła sama podejmować swoje decyzje, gdzie wszystko było tylko jej, bez ingerencji jej rodziny. Nauczyła się oklumencji przed własną rodziną, ale mogło to być też przydatne w czasach w jakich żyli, natomiast kiedy się tego uczyła, to nikt jeszcze na szeroką skalę nie słyszał o żadnym Voldemorcie i jego przydupasach. Victoria za pomocą oklumencji starała się też wyciszyć własne burzliwe emocje i pomagało jej to w decyzjach podejmowanych na podstawie logiki, a nie zrywów serca, ale to nie znaczyło, że nie odczuwała. Odczuwała i to niemało. Ale jaką tragedią dla kogoś, kto chciał zachować swój umysł tylko dla siebie, było zorientowanie się, że przypominają mu się rzeczy, których nie może pamiętać? Że robi rzeczy wbrew własnej… woli? W pewnym sensie wbrew własnej woli. Umysł był dla Victorii twierdzą i największą bronią, a kiedy nie mogła ufać nawet samej sobie…
– Nie – odparła na jego pytanie, bo to nie dlatego, że skoro ona musi, to on też, nie. – Nie musisz wiedzieć tego co ja, a ja tego co ty. Ale niewiele się włóczę po Ministerstwie, bo zaraz ktoś czegoś chce, ktoś zadaje pytania, na rzeczy o których nie chcę rozmawiać z obcymi. Wiesz ile razy złapali mnie już jacyś dziennikarze tylko dlatego że chciałam iść do biblioteki na Horyzontalnej? – to nie tak, ze się chowała po kątach i uciekała dziennikarzom, tym bardziej, że zaświtała jej w głowie ta myśl, że można coś na tym ugrać… ale to nie znaczyło, że na każdym kroku musi zaspokajać cudzą (obcą) ciekawość. Nie była tam ku uciesze gawiedzi, tylko w pracy. I próbowała poskładać do kupy swoje życie. – Chodzi mi o to, że jest znacznie większa szansa na to, że ty coś usłyszysz, niż ja. A takie bzdury lubią się roznosić po ludziach. Bardzo wątpię, że tego nie słyszałeś – i nie mówiła tego w negatywie, jakkolwiek Cain o tym nie sądził. Doceniała to, że jednak coś tam słyszał, potem jej powtarzał, a ona się uśmiechała albo kręciła głową.
Bletchley wziął dłoń z jej pleców, a Victoria miała wrażenie, że przed nimi w oddali coś zamigotało. Przekrzywiła nieco głowę, bo nie spodziewała się na obrzeżach Kniei niczego takiego zobaczyć, zresztą wracali tą samą drogą, która szli na polanę. Nie szli też przesadnie wolno, ale w miarę jak się zbliżali… Zobaczyła to. Płonący na niebiesko krzew – i Victoria stanęła jak wryta. I może nawet pobladła… To było tu. Dwa tygodnie temu widziała to samo. Ten płonący krzak, nawet wtedy, kiedy Voldemort i jego kumple już zniknęli, a oni w czwórkę zostali całkiem sami – i ten krzew płonął. Limbo było pełne ognia, być może wejśnie do niego przez ognisty portal było jakąś wskazówką. Ciemne oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu i kobieta wyciągnęła dłoń do niebieskiego płomienia – nie bała się ognia, była na niego kompletnie odporna – ale jej dłoń przeszła przez niego, nie był ciepły, nie był zimny. Po prostu był.
– To jest, to… – zaczęła, ale wtedy obok krzewu pojawił się Atreus. Leżał na ziemi, jego palce były połamane – powiedział jej kilka dni temu, kiedy spotkali się na kawie, że połamał mu je śmierciożerca. Mówił też, że w najbliższy poniedziałek wróci do pracy… czyli to chyba dzisiaj. Chyba dzisiaj był pierwszy dzień jak miał wrócić. Ale nie leżałby tu z tymi palcami i… och.
Och.
Zniknął, razem z krzewem. A Victoria po prostu patrzyła się i nawet nieco rozchyliła usta w zdziwieniu – nie bardzo sobie zdając sprawę z tego, że to w ogóle zrobiła. Serce jej waliło, miała mętlik w głowie.
Co tu się do cholery dzieje?