21.10.2023, 17:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2023, 17:03 przez Augustus Rookwood.)
Oczy mi niechybnie rozbłysły, gdyż byłem pewien, że zaraz zbliży swoją twarz do mojej, uśmiechnie się szeroko i szepnie mi, że pewnie, że jedziemy, że zostawimy cały nasze światy za sobą by wkroczyć w kompletnie inny, nowy, nasz wspólny, taki powoli budowany, idealny i wymarzony. Uśmiechałem się, prostując się jeszcze bardziej, jeszcze pewniej, kiedy usiadła na mnie, tak odważnie i zarazem niezwykle seksownie, podniecająco. Aż wstrzymałem oddech i niepewnie położyłem swoje dłonie na jej pośladkach. Żeby dotknąć, żeby przytrzymać, żeby nie pozwolić jej uciec. Czułem ciepło jej ud, podobnie jak resztki lawendy, tej, która nie zdążyła się spłukać w stawie.
Tak, pojedziemy razem, we dwoje. Dokładnie tam, gdzie nikt nie będzie miał nad nami kontroli, nie będzie nas znał, nie będzie groził i zastraszał. Tam, gdzie będziemy mogli być swobodnie razem.
I ten całus na moim czole był jakby przypieczętowaniem tego, prawda? Tak bardzo chciałem w ten sposób o tym myśleć. Zostać w tamtej chwili, pięknej bańce. Czemu zawsze musiała mówić mi, że nie możemy, przypominać mi o moich zobowiązaniach wobec rodziny, o moim paskudnym położeniu, w którym już najwyraźniej nie zasługiwałem na szczęśliwe zakończenie.
Przełknąłem z trudem ślinę, czując gulę w gardle. Wszystko mi się wywracało, te wnętrzności... Czułem jak krew odpływała mi z twarzy, jak uśmiech z niej zniknął i pozostawił pustkę, pustkę i ból. Tak bardzo nienawidziłem siebie, jak i tego, co nam zrobiłem. Czemu nie mogłem się ruszyć wcześniej, odszukać ją, odnaleźć, na powrót przywitać i, nie wiem, tupnąć nogą, powiedzieć, że zostaję...? Ona mnie kochała, czekała na mnie, marzyła o tym, że któregoś dnia staję na jej progu... Nie zrobiłem tego, szedłem ścieżką usłaną mi przez obowiązki i, cóż, teraz właśnie do tych obowiązków powinienem powrócić, skoro były aż tak ważne w moim życiu, skoro tylko one mi pozostawały.
Po prostu wrócić, położyć się spać, jutro rano wstać do pracy... O to chodziło. Sam chciałem jej podziękować, tej mojej Avelinie... właściwie po prostu Avelinie, że mnie sprowadzała do parteru, że nie pozwalała mi się zapomnieć. Powinienem być tym Rookwoodem, którego poznała w Hogwarcie - skoncentrowanym na byciu silnym, bezdusznym, władczym. Tak powinienem, a jednak wszystko się we mnie trzęsło na te myśli, że nie mogłem niczego cofnąć ani zmienić, że musiałem pozostać tam, gdzie byłem bez szansy na lepsze jutro.
Tylko czemu mnie całowała, usilnie trzymając moją twarz w dłoniach. Miałem ochotę zwiać i zamknąć się we własnym świecie, umknąć i może wtulić w Vesperę, bo ona jedna w pełni wiedziała, jakim nieudacznikiem byłem.
- Przepraszam, że nie było mnie wcześniej... i że wróciłem w tym nieodpowiednim momencie... - zacząłem, ale chyba nie byłem w stanie powiedzieć więcej. Gorzki żal zabierał mi powietrze, dusiłem się we własnym ciele, dodatkowo dobijając się jej ciepłem, jej pocałunkami, tak delikatnymi, że pragnąłem tylko więcej i więcej, że pragnąłem płakać i brać ich jeszcze więcej, przytulać się do niej, dotykać w tych wszystkich trudno dostępnych dla zwykłego śmiertelnika miejscach, ale... nie byłem przecież godzien. - Kocham cię, Avelina... Zasługujesz na więcej - szepnąłem, jakby się żegnając? Sam nie wiem, ale pocałowałem ją ponownie w usta, ale tak żarliwie, tak mocno, tak głęboko, że w ułamku sekundy to wszystko złe przestało istnieć i na powrót mogłem być tym Augustusem Szczęśliwym, spełnionym, w ramionach właściwej kobiety.
Miała takie pełne, miękkie wargi. Wciąż nie mogłem przestać myśleć o całowaniu ich i właśnie to robiłem, trzymając ją w swoich ramionach. Była w nich, taka drobna i miękka, ciepła, naturalna. Pasowała by tu być. Czułem, że to było to, że żadne inne miejsce na świecie nie byłoby bardziej odpowiednim niż moje ramiona.
Jakiś dziki pomruk wydobył się z moich płuc, kiedy poderwałem się z ziemi, z nią w ramionach. Obróciłem nas w tańcu kochanków, kładąc ją delikatnie na trawie. Wyglądała prześlicznie, ale nie przyglądałem się temu, skrywając twarz w jej szyi. Jąłem obsypywać ją pocałunkami, rysować mapę ku jej sercu...? Czy może po prostu drogę ucieczki? Nie, nie myślałem o tym, nie myślałem teraz o niczym. Za wyjątkiem głodu, który od lat zbierał się we mnie na myśl o Avelinie.
Tak, pojedziemy razem, we dwoje. Dokładnie tam, gdzie nikt nie będzie miał nad nami kontroli, nie będzie nas znał, nie będzie groził i zastraszał. Tam, gdzie będziemy mogli być swobodnie razem.
I ten całus na moim czole był jakby przypieczętowaniem tego, prawda? Tak bardzo chciałem w ten sposób o tym myśleć. Zostać w tamtej chwili, pięknej bańce. Czemu zawsze musiała mówić mi, że nie możemy, przypominać mi o moich zobowiązaniach wobec rodziny, o moim paskudnym położeniu, w którym już najwyraźniej nie zasługiwałem na szczęśliwe zakończenie.
Przełknąłem z trudem ślinę, czując gulę w gardle. Wszystko mi się wywracało, te wnętrzności... Czułem jak krew odpływała mi z twarzy, jak uśmiech z niej zniknął i pozostawił pustkę, pustkę i ból. Tak bardzo nienawidziłem siebie, jak i tego, co nam zrobiłem. Czemu nie mogłem się ruszyć wcześniej, odszukać ją, odnaleźć, na powrót przywitać i, nie wiem, tupnąć nogą, powiedzieć, że zostaję...? Ona mnie kochała, czekała na mnie, marzyła o tym, że któregoś dnia staję na jej progu... Nie zrobiłem tego, szedłem ścieżką usłaną mi przez obowiązki i, cóż, teraz właśnie do tych obowiązków powinienem powrócić, skoro były aż tak ważne w moim życiu, skoro tylko one mi pozostawały.
Po prostu wrócić, położyć się spać, jutro rano wstać do pracy... O to chodziło. Sam chciałem jej podziękować, tej mojej Avelinie... właściwie po prostu Avelinie, że mnie sprowadzała do parteru, że nie pozwalała mi się zapomnieć. Powinienem być tym Rookwoodem, którego poznała w Hogwarcie - skoncentrowanym na byciu silnym, bezdusznym, władczym. Tak powinienem, a jednak wszystko się we mnie trzęsło na te myśli, że nie mogłem niczego cofnąć ani zmienić, że musiałem pozostać tam, gdzie byłem bez szansy na lepsze jutro.
Tylko czemu mnie całowała, usilnie trzymając moją twarz w dłoniach. Miałem ochotę zwiać i zamknąć się we własnym świecie, umknąć i może wtulić w Vesperę, bo ona jedna w pełni wiedziała, jakim nieudacznikiem byłem.
- Przepraszam, że nie było mnie wcześniej... i że wróciłem w tym nieodpowiednim momencie... - zacząłem, ale chyba nie byłem w stanie powiedzieć więcej. Gorzki żal zabierał mi powietrze, dusiłem się we własnym ciele, dodatkowo dobijając się jej ciepłem, jej pocałunkami, tak delikatnymi, że pragnąłem tylko więcej i więcej, że pragnąłem płakać i brać ich jeszcze więcej, przytulać się do niej, dotykać w tych wszystkich trudno dostępnych dla zwykłego śmiertelnika miejscach, ale... nie byłem przecież godzien. - Kocham cię, Avelina... Zasługujesz na więcej - szepnąłem, jakby się żegnając? Sam nie wiem, ale pocałowałem ją ponownie w usta, ale tak żarliwie, tak mocno, tak głęboko, że w ułamku sekundy to wszystko złe przestało istnieć i na powrót mogłem być tym Augustusem Szczęśliwym, spełnionym, w ramionach właściwej kobiety.
Miała takie pełne, miękkie wargi. Wciąż nie mogłem przestać myśleć o całowaniu ich i właśnie to robiłem, trzymając ją w swoich ramionach. Była w nich, taka drobna i miękka, ciepła, naturalna. Pasowała by tu być. Czułem, że to było to, że żadne inne miejsce na świecie nie byłoby bardziej odpowiednim niż moje ramiona.
Jakiś dziki pomruk wydobył się z moich płuc, kiedy poderwałem się z ziemi, z nią w ramionach. Obróciłem nas w tańcu kochanków, kładąc ją delikatnie na trawie. Wyglądała prześlicznie, ale nie przyglądałem się temu, skrywając twarz w jej szyi. Jąłem obsypywać ją pocałunkami, rysować mapę ku jej sercu...? Czy może po prostu drogę ucieczki? Nie, nie myślałem o tym, nie myślałem teraz o niczym. Za wyjątkiem głodu, który od lat zbierał się we mnie na myśl o Avelinie.