21.10.2023, 17:43 ✶
Noc była spokojna. Poza jednym gościem, który przymilał się do jednej z klientek ze zbyt wielkim zaangażowaniem jak na tutejsze gusta, dzisiejszego wieczoru w Palarni nie wydarzyło się nic. Po tym, gdy został w sposób raczej nieprzyjemny (dla niego oczywiście, Maeve nie mogła się lepiej bawić) usunięty z lokalu, skończyły się sensacje.
Większość rodziny miała jakieś interesy do załatwienia poza domem, a ona wyjątkowo nie miała nic lepszego do roboty, więc została pilnować biznesu. Charakter pracy nieco kolidował z jej własnym, bo nic się nie działo, więc musiała ślęczeć za ladą na wejściu i nawet nie mogła sobie przysnąć, bo trzeba było rzucać okiem na osoby wchodzące do środka i opuszczające miejsce. Zbyt wiele interesów, które były dyskutowane pośród unoszącego się weń dymu, miało naturę raczej delikatną. Stali bywalce nie życzyliby sobie, gdyby mógł wejść tu byle glina bez najmniejszego ostrzeżenia. Maeve zdecydowanie podniosłaby kontrolowany raban na widok podejrzanej gęby, by wynieść mógł się ten, kto powinien zostać niezauważony.
Po jakimś czasie musiała sobie jednak znaleźć jakieś zajęcie, bo siedzenie na stołku z nogami opartymi o blat po pierwsze jej się znudziło, a po drugie zostało przyuważone przez przechodzącą przez front matkę, która nie dość, że je zrzuciła, to ją zrugała i kazała się zająć czymś pożytecznym. Nie odważyła się zapytać, co dokładnie miała na myśli, więc jedynie przytaknęła, zdjęła buty z lady i zaczęła szukać sobie zajęcia, które jednocześnie nie sprawi, że znowu usłyszy wiązankę, i pozwoli jej na obserwowanie przepływu klienteli.
Gdy Brenna weszła do środka, Maeve siedziała na czubku średnio wysokiej drabiny, która była ustawiona tuż za ladą. W rękach dzierżyła mały sekator, którym z wielkim zaangażowaniem obcinała obumarłe listki bluszczu. Ten porastał gęsto ściany oraz sufit wokół frontu, lecz na tyle wysoko, by pozostawać w odpowiedniej odległości od zasięgu ludzkich rąk. Sama Changówna zajmowała się rośliną w płóciennych rękawiczkach, ostrożnie pozbywając się martwych części. Czyżby była trująca?
Chłodny podmuch wpadający przez drzwi zwrócił uwagę Azjatki na nowoprzybyłą - nie było zimno na zewnątrz, ale w Palarnii było na tyle duszno, bo jakiekolwiek świeże powietrze nie mogło przelecieć niezauważone. Spojrzała w kierunku wejścia, a kiedy dostrzegła, że przeszła przez nie doprawdy urocza kobieta, uśmiechnęła się perliście. Co prawda przeszło jej przez myśl, żeby być ostrożną, bo żadna normalna nie szlaja się o tej porze w pojedynkę po tej okolicy, a już na pewno nie wchodzi potem do przybytku Changów, ale jej widok na chwilę przyćmił jej zdrowe zmysły.
- Dobry wieczór - rzuciła bez wahania, odcinając jeszcze jeden listek. Podniosła się z siedziska, a następnie wsunęła obcinak do tylnej kieszeni czarnych spodni. - Już do Pani schodzę. - Maeve zaczęła się gramolić w dół drabiny; niby było to ledwie kilka stopni, ale robiła to w zorganizowanym pośpiechu. Przyjazny uśmiech nie schodził z jej twarzy, ale w spojrzeniu było coś zuchwałego. Jeśli Brenna dobrze się przyglądała, mogłaby przysiąc, że oczy Changówny, jeszcze przed chwilą ciemne jak noc ich otaczająca, płynnie zmieniły się w fiołkowe, gdy odsuwała na bok drabinę. Kilka chwil później Maeve już opierała się nonszalancko o blat, szczerząc się jak głupi do sera.
- Co sprowadza taką ślicznotkę w nasze skromne progi? - Zaświergotała wręcz, ściągając z rąk rękawiczki. Palce miała gdzieniegdzie poranione, jakby czymś lekko poparzone - wyglądały tak, jakby dotknęła pokrzywy.
Większość rodziny miała jakieś interesy do załatwienia poza domem, a ona wyjątkowo nie miała nic lepszego do roboty, więc została pilnować biznesu. Charakter pracy nieco kolidował z jej własnym, bo nic się nie działo, więc musiała ślęczeć za ladą na wejściu i nawet nie mogła sobie przysnąć, bo trzeba było rzucać okiem na osoby wchodzące do środka i opuszczające miejsce. Zbyt wiele interesów, które były dyskutowane pośród unoszącego się weń dymu, miało naturę raczej delikatną. Stali bywalce nie życzyliby sobie, gdyby mógł wejść tu byle glina bez najmniejszego ostrzeżenia. Maeve zdecydowanie podniosłaby kontrolowany raban na widok podejrzanej gęby, by wynieść mógł się ten, kto powinien zostać niezauważony.
Po jakimś czasie musiała sobie jednak znaleźć jakieś zajęcie, bo siedzenie na stołku z nogami opartymi o blat po pierwsze jej się znudziło, a po drugie zostało przyuważone przez przechodzącą przez front matkę, która nie dość, że je zrzuciła, to ją zrugała i kazała się zająć czymś pożytecznym. Nie odważyła się zapytać, co dokładnie miała na myśli, więc jedynie przytaknęła, zdjęła buty z lady i zaczęła szukać sobie zajęcia, które jednocześnie nie sprawi, że znowu usłyszy wiązankę, i pozwoli jej na obserwowanie przepływu klienteli.
Gdy Brenna weszła do środka, Maeve siedziała na czubku średnio wysokiej drabiny, która była ustawiona tuż za ladą. W rękach dzierżyła mały sekator, którym z wielkim zaangażowaniem obcinała obumarłe listki bluszczu. Ten porastał gęsto ściany oraz sufit wokół frontu, lecz na tyle wysoko, by pozostawać w odpowiedniej odległości od zasięgu ludzkich rąk. Sama Changówna zajmowała się rośliną w płóciennych rękawiczkach, ostrożnie pozbywając się martwych części. Czyżby była trująca?
Chłodny podmuch wpadający przez drzwi zwrócił uwagę Azjatki na nowoprzybyłą - nie było zimno na zewnątrz, ale w Palarnii było na tyle duszno, bo jakiekolwiek świeże powietrze nie mogło przelecieć niezauważone. Spojrzała w kierunku wejścia, a kiedy dostrzegła, że przeszła przez nie doprawdy urocza kobieta, uśmiechnęła się perliście. Co prawda przeszło jej przez myśl, żeby być ostrożną, bo żadna normalna nie szlaja się o tej porze w pojedynkę po tej okolicy, a już na pewno nie wchodzi potem do przybytku Changów, ale jej widok na chwilę przyćmił jej zdrowe zmysły.
- Dobry wieczór - rzuciła bez wahania, odcinając jeszcze jeden listek. Podniosła się z siedziska, a następnie wsunęła obcinak do tylnej kieszeni czarnych spodni. - Już do Pani schodzę. - Maeve zaczęła się gramolić w dół drabiny; niby było to ledwie kilka stopni, ale robiła to w zorganizowanym pośpiechu. Przyjazny uśmiech nie schodził z jej twarzy, ale w spojrzeniu było coś zuchwałego. Jeśli Brenna dobrze się przyglądała, mogłaby przysiąc, że oczy Changówny, jeszcze przed chwilą ciemne jak noc ich otaczająca, płynnie zmieniły się w fiołkowe, gdy odsuwała na bok drabinę. Kilka chwil później Maeve już opierała się nonszalancko o blat, szczerząc się jak głupi do sera.
- Co sprowadza taką ślicznotkę w nasze skromne progi? - Zaświergotała wręcz, ściągając z rąk rękawiczki. Palce miała gdzieniegdzie poranione, jakby czymś lekko poparzone - wyglądały tak, jakby dotknęła pokrzywy.