Potrzebowały też chwilę czasu żeby się przebrać, bo przecież tak jak były ubrane… nie wparadują do niemagicznej części Londynu, żeby od razu zwrócić na siebie uwagę. Trzeba się więc było na szybkości przebrać (na szczęście Victoria wiedziona doświadczeniem trzymała w biurze sukienkę na takie okazje i nie była to jedna z tych turbo-drogich i nadających się na salony, wręcz przeciwnie). Rzeczywiście jednak skrycie się w tłumie mugoli było genialne w swej prostocie, bo a) czarodzieje nie patrzyli najpierw w tamtym kierunku oraz b) oznaczało to, że wokół są mugole… więc się jeden z drugim dwa razy zastanowi, bo inaczej trzeba jeszcze będzie angażować Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe i amnezjatorów.
Czas jednak nie grał na ich korzyść. Na szczęście jakoś się odnalazły po tym, gdy już się przedostały do odpowiedniej dzielnicy i chwilę pokrążyły po okolicy, szukając odpowiedniego adresu. Było późno, ale ludzie wciąż kręcili się po mieście, nie w takich tłumach jak w dzień, ale jednak – niektóre mijane lokale wciąż były otwarte, większość mijanych ludzi była pijana… Ktoś nawet je raz zaczepił z pytaniem, czy nie chcą wyskoczyć na to i owo, ale szybko został spławiony.
Victoria patrzyła nienachalnie na knajpę, którą wskazała jej Brenna. Rzeczywiście wyglądało to jak jakiś bar mleczny, o tej porze dawno nieczynny… Ale dla czarodziejów to żaden problem.
Kusiło zostać tutaj, ale po prawdzie… raczej nikt się ich nie spodziewał w środku.
– Proponuję ukryć się gdzieś w środku. Będziemy miały czas rozeznać się z terenem i nie dać się tak łatwo zaskoczyć – zaproponowała w końcu i zaczęła się rozglądać za odpowiednim zaułkiem, w którym mogłyby się teleportować, nie zwracając niczyjej uwagi.