Kroczył wolno przez drewnianą podłogę po tym smoczym leżu. W ciszy. Skrzat nie powiedział nawet słowa, ale i do tego był przyzwyczajony. Krok badał tylko to, czy podłoga pamiętała jeszcze ciężar jego ciała. Rzeczywiście - nic się tu nie zmieniło. Nie było śladu po wielkich zmianach, prócz oczywistych i naturalnych przesunięciach rzeczy bardziej codziennego użytku. To było wręcz dziwne, niemal nienaturalne przy tym, jak ciągle zmieniał się jego własny dom. Przybywało pamiątek, zmieniały się kwiaty, zasłony okien, czy obicia sofy. Zmiany drobne, ale się pojawiały. A tu... ta mała nisza, w której czas się zupełnie zatrzymał. Nikt nie zakłócał spokoju Leviathana Rowla i nie przekraczał jego bańki. A jednak czasem intruzi się pojawiali. Pojawiały się też osoby, które sam zapraszał. Laurent przecież nie mógł uszkodzić bańki - nie był wystarczająco ostry. I miał równie tęczowe kolory, co ona.
Zatrzymał się dopiero w salonie, przeciągając morzem po kantach i zagięciach, meblach i ścianach, dopóki ten złodziej na obcym terenie (a jednak zaproszony) nie usłyszał kroków. W tej bajce nie było Czerwonego Kapturka i Wilka. Był za to Smok i Syrena. Laurent zaśmiał się cicho, perliście, kiedy Leviathan podszedł i przytulił go jakby i on się nie zmienił przez te lata, ani nie zmieniła się relacja między nimi. Ale to nieprawda. Zmienili się obaj, zapewne mógłby kreślić palcami większą mapę łusek, która pochłaniała przyzwyczajone do wysiłku i trudów ciało. Zmężniał, jego twarz nabrała jeszcze bardziej zdecydowanych rysów, jego spojrzenie... Och, jego piękne, błękitne oczy, które układały do snu i które migotały goręcej niż płomienie kominka. To przecież naturalne. Najgorętszy ogień był błękitny.
- Też się cieszę, że cię widzę. - Obdarzył go pełnym ciepła uśmiechem, przymykając na moment swoje oczy, z ulgą przyjmując to powitanie. Laurent też się zmienił, a jednak delikatnej urody mu nie ubyło. - Urokom Walii mógłbym odmówić, twojemu mniej... - Mówił to trochę w zamyśleniu, marszcząc nieco nos i oceniając jego ubranie. Biorąc pod uwagę, że nie umawiali się co do godziny to oczywiście nie była to przygana z jego strony, ledwo szukał źródła specyficznego, siarkowego zapachu. A był na zapachy absolutnie przewrażliwiony. - Chociaż zmieniam zdanie. - Zażartował delikatnie, z ulgą w zasadzie przyjmując, że Leviathan się odsunął i oddzielił go od tej woni. Śledził jego ruchy. Jak pozbywał się swobodnie tego, co miało go chronić przed ogniem, jak przechadza się po tym domu, jak to wszystko... naprawdę się nie zmieniło. Mrugnął. I to nie był sen, żadna bajka, na pewno zmieniło się tysiące rzeczy, których nie widział, a teraz wszystko w nim drapało, żeby to dostrzegł. Obdarł Leviathana ze skóry i złapał jego serce, żeby powiedziało mu prawdę, wyszeptało o tym wszystkim, co mogło się dziać przez te lata, powiedziało prawdę o tych inspiracjach i... Potrząsnął lekko głową i usiadł na wskazanym miejscu, zakładając nogę na nogę. Jak dawniej, tak teraz, jak zawsze, na zawsze. Dla siebie? Nie. Dla niego. Dla każdego, kto spoglądał, kto patrzył, żeby prezentować się idealnie, nieskazitelnie. To już był w zasadzie bardziej odruch niż świadome działanie. Oczy mu zabłysnęły, kiedy usłyszał propozycję. - Musisz mi wybaczyć, ale pierwsze co zrobiłem to poszedłem pocałować czule walijskie morze, by nie było zbyt zazdrosne... - Laurent mógłby przeżywać wszystko przy szemrzących falach. Mógłby szeptać o ich tajemnicach na ucho Leviathanowi, albo zaklinać jego umysł syrenim śpiewem w rytm szumiącego wiatru, który czule przeczesywałby jego ciemne włosy. Tak jakby same morskie fale mogły unieść Leviathana na swoich ramionach. - Nigdy nie odmówię przechadzce nad wodę, chyba że to kałuża pod rynienką. - Nie było mu w zasadzie wcale do śmiechu, ale nie chciał sobie nawet pozwolić na zatrzymanie i zastanowienie nad czymkolwiek innym. Chciał skupić swoje myśli na tym człowieku. Ale zapytał. Nie chcę odpowiadać. Warga nieco drgnęła Laurentowi w tym uśmiechu i odwrócił wzrok od tej przystojnej twarzy. Co ja właściwie wyprawiam... Wrócił do kontaktu wzrokowego.
- Mimo bardzo sympatycznych słów w twoim liście muszę cię zawieść - to nie były moje słowa. Więc jeśli cokolwiek cię zainspirowało to był to twórca artykułu, dla którego mój prawnik będzie szykował pozew. - Z którego ten dziennikarz zapewne się już nigdy nie odkopie, bo chociaż Laurent nie był bojownikiem politycznym (do niedawna) to pieniędzy na najlepszych prawników nie szczędził.