Z kolei Victoria trzymała w Biurze tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale już dawno kupiła w Londynie na Pokątnej mieszkanie, o którym nie mówiła nawet rodzicom. Sukcesywnie przenosiła tam jakieś rzeczy, żeby w razie czego mieć tam wszystko, co jest potrzebne; eliksiry, maści, ubrania na zmianę, różne takie. To tam spędziła kilka dni z Saurielem, kiedy zaatakowana została przez faceta, który próbuje mordować ludzi w snach. Takie miejsce wypadowe to był wspaniały pomysł.
Ruszyła za Brenną w stronę tej bramy, wzięła ją nawet pod rękę, żeby dla ewentualnych postronnych wyglądało to mniej podejrzanie (miała tylko nadzieję, ze Brenna wytrzyma jakoś chłód jej ciała). Bramka zaskrzypiała cicho, kiedy ją pchnęły, a potem wcisnęły się w ciemność. Victoria wyciągnęła różdżkę i zniknęła z tym cichutkim trzaskiem zaraz za Brenną.
Jej aportacja nie wyszła już aż tak dobrze jak Brennie. Victoria również teleportowała się na ślepo, ale miała znacznie mniej szczęścia i lądując wpadła na stolik. Ciężarem ciała popchnęła ustawione na nim krzesło i w rezultacie stęknęła cicho, a potem zaklęła mimowolnie:
– Ach, kurwa – i syknęła. Nic wielkiego się nie stało, tylko odrobinkę się poobijała, ale liczyła się z takim ryzykiem, skacząc tutaj nie mając absolutnie żadnego wglądu w rozstaw mebli. Mogło być tak naprawdę znacznie, znacznie gorzej. – Dobra – mruknęła cicho na słowa Brenny.
Pozbierała się najszybciej jak umiała, wymacała jeszcze krzesło, żeby przesunąć je tak, jak powinno stać, poprawiła uchwyt na różdżce i rozejrzała się na boki. Panowała tutaj ciemność niemalże egipska – niemalże, bo jakieś światło wpadało do środka przez okna wystawione na trochę oświetloną ulicę. Cicho wypuściła powietrze przez usta.
Odszukała wzrokiem ladę i na paluszkach, nieco skulona podreptała w jej kierunku, by schować się za nią. Serce jej biło mocno, to od tego uderzenia w stolik i krzesło, adrenalina robiła swoje. Już za ladą poprzesuwała kilka rzeczy, żeby jej się nie plątały pod nogami i rękoma, po czym wychyliła głowę odrobinę, tak żeby było widać tylko jej oczy. Ciemne, prawie czarne włosy nieco ułatwiały sprawę, bo się na pewno nie odznaczały na ciemnym tle.
– Hehe, no… Prawie – zaśmiała się przypominając sobie ostatnie dni w Hogwarcie. Fajnie było.
Czekała. Wcale nie tak długo, jak sądziła, że będą czekać, chyba że nagle czas zaczął mijać jakoś bardzo szybko…
W końcu drzwi otworzyły się cicho. I powoli.
Też rzucam na to, czy na nic nie wpadnę przy teleportacji - im niższy wynik, tym gorsze lądowanie