Nie chciała za bardzo myśleć o Drake’u. Jasne, opowiadała Laurentowi to i owo, skarżyła się, że nie ma absolutnie żadnego tematu wspólnego ze swoim narzeczonym, że nie mają nawet jednego wspólnego zainteresowania, że absolutnie nic ich nie łączy, a poza tym to on nie miał nawet własnego zdania – bo interesowało go tylko, co opowiada jego mamusia Violett. Kompletny maminsynek, taka kluska, rozpieszczony laluś, którego obchodziło tylko to, czy dobrze wygląda, czy ma najnowszy garnitur (a miał, był przecież Rosierem…) i czy mamusia ma na dany temat jakiś pogląd. To doprowadzało Victorię do szału. Trochę… Trochę gardziła tymi wszystkimi mężczyznami i kobietami, którzy szukali szczęścia poza swoim małżeństwem, widziała ile to przynosiło bólu, rozczarowania i niezadowolenia, i problemów. I sama nigdy nie sądziła, że coś podobnego będzie też jej udziałem – że będzie chciała być jak najdalej od faceta, którego miała poślubić. Na swoją obronę… Nie miała nawet okazji go poznać. Rodzice oznajmili jej po prostu, że za trzy dni będą zaręczyny, łaskawie powiedzieli jak się nazywa i… tyle. Ona go nawet nie znała. I była zaręczona, ale nawet nie znała tego człowieka, a w tych rzadkich i krótkich rozmowach, kiedy go poznawała… nienawidziła go jeszcze bardziej. Był mężczyzną, który zupełnie do niej nie pasował. Zupełnie! Nienawidziła niczego co z nim związane. Potrzebowała mężczyzny inteligentnego, który ma swój charakter, a nie dzidziusia spoglądającego ciągle w kierunku własnej matki… I dlatego tego z Laurentem nie zakończyła – ba, brnęła w to, może głupio i nierozważnie, ale znał jej zdanie na ten temat. Nie była kobietą, która przebiera w mężczyznach jak w rękawiczkach, zupełnie ją to nie interesowało i po stokroć wolałaby się trzymać jednego faceta, który może nawet odwzajemniłby jej uczucia, gdyby takie się pojawiły… Ale było jak było, a Laurent… Dobrze się przy nim czuła i miała z nim zdecydowanie więcej wspólnych tematów, niż z przeklętym Rosierem. Tym niemniej… Czasami opowiadała mu o kolejnych wspaniałych pomysłach Violett Rosier (no bo przecież nie jej durnego syna), chociaż niedługo po tym, jak stali się sprawcami rozgrzebanej pościeli, to nie był najweselszy moment. Bo była w sypialni z Laurentem, a nie ze swoim pożal-się-Boże „narzeczonym” (miała przeczucie, ze jak to dalej będzie tak wyglądało, to zerwie te zaręczyny, bo nie wytrzyma psychicznie z tym człowiekiem, i już walić nawet gniew matki) – i wcale tego drugiego tam wpuszczać nie chciała.
Ale temat się kręcił, bo opowiadała o tym Laurentowi już wcześniej. Wszak te ich schadzki… nie chodziło tylko o łóżko.
Została w sypialni, kiedy Prewett poszedł się wykąpać, a potem spoglądała na niego spod przymrużonych powiek, kiedy szedł do garderoby i teraz się w niej doprowadzał do ładu. Ona ciągle zakopana w pościeli, nie chciało jej się wstawać, kiedy niedawna przyjemność wzięła ją w posiadanie i teraz rozpływała się na krańce jej palców.
– Ja prędzej czy później też – przyznała nieco mrukliwie i przymknęła powieki. – Jestem ciekawa kiedy skończy mi się do tego wszystkiego cierpliwość i rzucę to w cholerę – przyznała mu, nie mając pojęcia, że za trzy tygodnie będzie już na powrót całkowicie wolną kobietą i to bez własnej ingerencji. Narzekała rodzicom na Drake’a, oczywiście. Skarżyła im się, ze nie ma za grosz inteligencji i że na pewno chodzi im tylko o pieniądze, i roztrwonią wszystko co miała. Czasami miała wrażenie, że Isabella sama nie jest z tego wszystkiego zadowolona. Była – na początku, ale później…
Przeciągnęła się w pościeli, czując napływ energii i gotowa była nawet w końcu wyjść z tego wielkiego łóżka, żeby samej ogarnąć się w łazience, ale wtedy Laurent znowu się odezwał i brzmiał… Dziwnie. Zająkał się.
– Co? Co się dzieje – zapytała i podniosła się do pozycji siedzącej, spoglądając w kierunku Laurenta, który był w garderobie. I aż przekrzywiła głowę. Bo… Na czubku jego głowy… Coś wystawało. I wyjątkowo mocno wyglądało jak… kaktus.
Aż pobladła.
– Ożesz… Poczekaj, nie ruszaj się – nie brzmiała już tak rozmiękle jak jeszcze przed chwilą. Złapała nawet za różdżkę, która leżała na szafce obok, i zupełnie nagusieńka, jak ją Pan Bóg stworzył, nie zawracając sobie głowy, by się jakoś zakryć pościelą czy czymś, potruchtała do Laurenta. – Co się stało? Jestem pewna, ze wcześniej tego nie było… Czekaj, schyl się, zobaczę… – z bliska to nadal był kaktus. No nie chciało być inaczej.