22.10.2023, 13:24 ✶
– O tak, to byłabym piękna wizja. Chodziłybyśmy na spacery do lasu, i może nawet czasem nic by nas w nich nie napadło, ja znosiłabym ci kwiaty, a ty byś pilnowała, żebym się głupio nie zabiła – powiedziała Brenna. O tak, był to żart, bo niestety żadna z nich nie była facetem, ale o ileż byłoby wtedy prościej, prawda? Prawdopodobnie doskonale by do siebie pasowały, nawet jeśli było w nich sporo przeciwieństw. - Bardzo żałuję, że mój brat jest za wielkim głąbem, żeby się dla ciebie nadawał – zażartowała. Erik przynajmniej był porządny i o Victorię by dbał. Ale Brenna zaczynała mieć pewne podejrzenia, że jednak jej brat nigdy nie poślubi żadnej kobiety i… może tak będzie lepiej. A na pewno lepiej niż gdyby miał poślubić Victorię.
Gdy Lestrange zaczęła mówić, Brenna ostatecznie zrobiła jednak to, co przywykła robić wobec ludzi od małego – wyciągnęła po prostu do niej rękę i położyła jej na ramieniu. Chłód ciała bił nawet przez materiał aurorskiej koszuli, ale to przecież nie miało znaczenia. Jeżeli wahała się nad tym gestem, to nie z powodu zimna, a raczej tego, że sytuacja z Rookwoodem była kolejnym cieniem między nimi, i… po prostu nie była pewna, czy powinna sobie na to pozwalać.
Ale oczywiście, że nie wytrzymała, bo jej przyjaciółka była smutna. Nie dało się tego przegapić.
– Bogowie – wymruczała Brenna, kiedy historia się zakończyła. Jej ciemne oczy szerzej otworzyły się w ciemnościach, bo to brzmiało jak kompletne szaleństwo (a przecież nie dostała na całe szczęście tego najważniejszego elementu historii: tego, w którym Sauriel przyznał się do bycia masowym mordercą, zasadniczo). Sądziła, że ten mężczyzna złamie serce Victorii, owszem. Ale zakładała, że zrobi to, bo bała się ciągotek Rookwoodów do mrocznej strony, bo był wampirem, bo u jego boku w towarzystwie zawsze miała być trochę wykluczona, bo nie da jej dzieci, normalnego domu, a nie… nie bo…
…da jej kosza?
Będzie próbował się spalić?
– Czy Sauriel ostatnio nie upadł jakoś mocno na głowę? Bo jeżeli tak, mogę iść go w nią walnąć, może otrzeźwieje od drugiego razu? – powiedziała. Próbował popełnić samobójstwo. Nawet teraz jakaś część Brenny, ta należąca do Lewej Ręki Dumbledore’a myślała: szkoda, że mu się nie udało. A ta druga, ta, znająca Victorię od dwudziestu lat z hakiem, podpowiadała, że: kurwa mać, czemu on w ogóle próbował to zrobić, żeby Tori już zawsze miała wyrzuty sumienia, zawsze żyła w jego cieniu? – Zerwał te zaręczyny, bo uznał, że on będzie w nich nieszczęśliwy, czy bo ty będziesz nieszczęśliwa? – spytała cicho. Już absolutnie niepewna, co o tym myśleć. Bo przecież… bo przecież też uważała, że Victoria nie będzie z nim szczęśliwa.
Ale teraz też nie była.
– To nie tak, że nie jestem – stwierdziła, uśmiechając się do Victorii, a była tak blisko, że dało się ten uśmiech dostrzec nawet w mroku. Nie, nie mogła powiedzieć, że jest nieszczęśliwa. Miała w końcu wiele rzeczy, wiele osób, dających jej szczęście. – Po prostu żyjemy w cholernie paskudnym czasie i wszystko jest cholernie skomplikowane. Ale cóż… że zacytuję klasyka, którego rozpoznałby twój były narzeczony idiota, nie wybieramy czasów, w jakich żyjemy. Możemy tylko wybrać, co zrobimy z tym czasem, jaki nam dano.
Gdy Lestrange zaczęła mówić, Brenna ostatecznie zrobiła jednak to, co przywykła robić wobec ludzi od małego – wyciągnęła po prostu do niej rękę i położyła jej na ramieniu. Chłód ciała bił nawet przez materiał aurorskiej koszuli, ale to przecież nie miało znaczenia. Jeżeli wahała się nad tym gestem, to nie z powodu zimna, a raczej tego, że sytuacja z Rookwoodem była kolejnym cieniem między nimi, i… po prostu nie była pewna, czy powinna sobie na to pozwalać.
Ale oczywiście, że nie wytrzymała, bo jej przyjaciółka była smutna. Nie dało się tego przegapić.
– Bogowie – wymruczała Brenna, kiedy historia się zakończyła. Jej ciemne oczy szerzej otworzyły się w ciemnościach, bo to brzmiało jak kompletne szaleństwo (a przecież nie dostała na całe szczęście tego najważniejszego elementu historii: tego, w którym Sauriel przyznał się do bycia masowym mordercą, zasadniczo). Sądziła, że ten mężczyzna złamie serce Victorii, owszem. Ale zakładała, że zrobi to, bo bała się ciągotek Rookwoodów do mrocznej strony, bo był wampirem, bo u jego boku w towarzystwie zawsze miała być trochę wykluczona, bo nie da jej dzieci, normalnego domu, a nie… nie bo…
…da jej kosza?
Będzie próbował się spalić?
– Czy Sauriel ostatnio nie upadł jakoś mocno na głowę? Bo jeżeli tak, mogę iść go w nią walnąć, może otrzeźwieje od drugiego razu? – powiedziała. Próbował popełnić samobójstwo. Nawet teraz jakaś część Brenny, ta należąca do Lewej Ręki Dumbledore’a myślała: szkoda, że mu się nie udało. A ta druga, ta, znająca Victorię od dwudziestu lat z hakiem, podpowiadała, że: kurwa mać, czemu on w ogóle próbował to zrobić, żeby Tori już zawsze miała wyrzuty sumienia, zawsze żyła w jego cieniu? – Zerwał te zaręczyny, bo uznał, że on będzie w nich nieszczęśliwy, czy bo ty będziesz nieszczęśliwa? – spytała cicho. Już absolutnie niepewna, co o tym myśleć. Bo przecież… bo przecież też uważała, że Victoria nie będzie z nim szczęśliwa.
Ale teraz też nie była.
– To nie tak, że nie jestem – stwierdziła, uśmiechając się do Victorii, a była tak blisko, że dało się ten uśmiech dostrzec nawet w mroku. Nie, nie mogła powiedzieć, że jest nieszczęśliwa. Miała w końcu wiele rzeczy, wiele osób, dających jej szczęście. – Po prostu żyjemy w cholernie paskudnym czasie i wszystko jest cholernie skomplikowane. Ale cóż… że zacytuję klasyka, którego rozpoznałby twój były narzeczony idiota, nie wybieramy czasów, w jakich żyjemy. Możemy tylko wybrać, co zrobimy z tym czasem, jaki nam dano.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.