Ładne, pełne słońca, długie dni zwiastowały, że lato zagościło już na dobre w dolinie Godryka, a wraz z nim zagościła Alice na kilka miesięcy zanim będzie musiała ponownie wrócić do szkoły. Otto oczywiście cieszył się z jej powrotu i gdyby mógł, to pozwoliłby jej zostać na tak długo jak tylko by chciała. Niestety na szali była jej edukacja, którą chcąc czy nie chcąc musiała ukończyć aby nie zostać skończoną analfabetką jak jej wujek.
Kiedy tylko dowiedział się od swojej ukochanej Sikoreczki, że jej kawaler, znaczy kolega ze szkoły ma problem, nie czekał ani chwili i czym prędzej ruszył aby zaprząc konia dla siebie oraz kucyka dla młodej Gryfonki. Dodatkowo chodziło przecież o Longbottomów, którzy mieszkali tutaj od zarania dziejów, a już na pewno tyle ile Abbott był w stanie sięgnąć pamięcią. Prawdę mówiąc była to też swego rodzaju forma odwdzięczenia się za ich pomoc, ponieważ nie raz czy nie dwa pomagali zbierać owoce w sadzie, który otaczał "Smakosza".
Posłał jej spojrzenie jakby chciał się zapytać - gotowa?, a następnie pomógł jej dosiąść swojego rumaka. O ile wiedział, że Alice nie potrzebowała żadnej asekuracji, wszak nie pierwszy raz jechała na przejażdżkę, tak Otto wolał się upewnić aby ta przejażdżka nie zamieniła się zaraz w wizytę w Mungu. Sprawdził jeszcze tylko czy wszystko jest tak jak być powinno, po czym dosiadł własnego konia - Pioruna i ruszyli w drogę do domostwa Longbottomów. Z jednej strony mieli kawałek drogi do siebie ale z drugiej podróż w doborowym towarzystwie sprawiała, że nim się zdążył zorientować, byli już na miejscu.
Zeskoczył sprawnie z konia i od razu poklepał go po boku za dobrą robotę. Abbott złapał za wodzę, co by Piorun nigdzie nie zwiał i podszedł do Sikorki aby jej pomóc zsiąść - Sikoreczko, pozwól sobie pomóc - rzekł do niej z uśmiechem, wyciągając pomocną dłoń w jej kierunku. Kiedy tylko upewnił się, że Greengrass stąpa już bezpiecznie po ziemi, złapał i jej kucyka - To ten Twój kawaler? - zapytał szeptem, przyglądając się jak ten młodzieniec haruje w pocie czoła. Będą z niego ludzie. Niech mnie Merlin osądzi jeśli się mylę... Pokiwał na zgodę z samym sobą - Mam nadzieję, że zastajemy Was w zdrowiu i dobroci. Dzień dobry - odezwał się do dzisiejszych wspólników całego zamieszania - Waćpanna pozwoli, że tutaj uwiąże konie. Wody jakbym mógł prosić dla nich to bym był rad co nie miara - dodał jeszcze, zwracając się bezpośrednio do Dory, rozglądając się po ogrodzie gdzie chyba jakiś tajfun przeszedł... To był prawdziwie straszny widok.