22.10.2023, 16:21 ✶
Tak. Nieuleczalny idiota.
Chyba jednak byłoby lepiej gdyby spłonął na tym słońcu.
Gdyby to nie był Sauriel Rookwood, może powiedziałaby, że uznał, że tak będzie lepiej – że tak będzie lepiej dla Victorii. Ale nie była pewna, czy chciała go bronić. Nie tylko z powodu nazwiska i wampiryzmu, ale przede wszystkim ze względu na Victorię, bo czy faktycznie nie prościej, żeby przebolała stratę i związała się z kimś normalnym?
– Z tobą? Na kostur Merlina, Victorio, to chyba co z nimi jest nie tak. Może gdybyś mogła wybrać chociaż raz sama, wyszłoby lepiej – prychnęła Brenna, na tyle zirytowana samą sugestią, że to z nią coś jest nie tak, że już nie dbała o to, czy mówi cicho, że przez moment nawet wyleciała jej tkwiąca z tyłu głowy myśl, że mogą tutaj wpaść śmierciożercy. Jej dłoń przesunęła się na plecy Victorii, druga, wciąż z palcami owiniętymi wokół różdżki, też sięgnęła, żeby po prostu Lestrange do siebie przygarnąć. Bogowie, czy ona naprawdę tak myślała? Że to z nią coś jest nie tak, kiedy ewidentnie wszystko było nie tak z Saurielem? I może zerwał z nią nawet dlatego, że to sobie uświadomił? Czy tego człowieka… wampira… dało się jeszcze „naprawić?” Brenna nigdy nie myślała o ludziach w takich kategoriach, jako o jednostkach wymagających zmiany, ale cholera jasna, tutaj chyba miała do czynienia z pierwszym przypadkiem, któremu by się to jej zdaniem przydało. – Powiedz chociaż słowo, a pójdę skopać Saurielowi tyłek, i nic mnie nie obchodzi, że może podgryźć mi gardło i jest nieśmiertelny. W sumie to nie będzie moja pierwsza bójka z wampirem…
Ani druga, ani trzecia nawet. I choć mogło brzmieć to żartobliwie... to po tym, jak rzucił się na Watchera i jak wyglądał tamtej nocy w sypialni u Victorii: była pewna, że owszem, pogryźć gardło byłby jej gotów.
Zesztywniała na moment przy kolejnym pytaniu, a potem z jej ust uleciało westchnienie. Jak mogłoby być w porządku? Nawet nie tylko z powodu tej przeklętej więzi, ale jeszcze bardziej z powodu po stokroć bardziej przeklętego statku.
– Nie – przyznała, trochę niechętnie, bo nie lubiła mówić, że cokolwiek jest nie tak, i jeśli kłamała wprost, to najczęściej właśnie w odpowiedzi na pytanie, czy wszystko jest w porządku. Ale nie chciała oszukiwać Victorii tej nocy, kiedy ta najwyraźniej miała ostatnio o wiele, wiele za dużo na sobie i pewnie domyśliłaby się kłamstwa. Beltane. Bycie Zimną. I Sauriela „Jestem Kretynem” Rookwooda. – Ale to nie jest nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić i to ostatnia rzecz, jaką powinnam się teraz przejmować. Takie rzeczy mijają. Mam większe problemy. Jak potencjalne skutki tego wywiadu – dodała zaraz, odsuwając się wreszcie od Victorii, bo przypomniała sobie wreszcie, że tak jakby powinny skupić się na czuwaniu. - Taaak, Gandalf w ogóle był bardzo mądrym czarodziejem. Trochę przypomina mi Albusa. Albus też na pewno załatwiłby barloga.
Chyba jednak byłoby lepiej gdyby spłonął na tym słońcu.
Gdyby to nie był Sauriel Rookwood, może powiedziałaby, że uznał, że tak będzie lepiej – że tak będzie lepiej dla Victorii. Ale nie była pewna, czy chciała go bronić. Nie tylko z powodu nazwiska i wampiryzmu, ale przede wszystkim ze względu na Victorię, bo czy faktycznie nie prościej, żeby przebolała stratę i związała się z kimś normalnym?
– Z tobą? Na kostur Merlina, Victorio, to chyba co z nimi jest nie tak. Może gdybyś mogła wybrać chociaż raz sama, wyszłoby lepiej – prychnęła Brenna, na tyle zirytowana samą sugestią, że to z nią coś jest nie tak, że już nie dbała o to, czy mówi cicho, że przez moment nawet wyleciała jej tkwiąca z tyłu głowy myśl, że mogą tutaj wpaść śmierciożercy. Jej dłoń przesunęła się na plecy Victorii, druga, wciąż z palcami owiniętymi wokół różdżki, też sięgnęła, żeby po prostu Lestrange do siebie przygarnąć. Bogowie, czy ona naprawdę tak myślała? Że to z nią coś jest nie tak, kiedy ewidentnie wszystko było nie tak z Saurielem? I może zerwał z nią nawet dlatego, że to sobie uświadomił? Czy tego człowieka… wampira… dało się jeszcze „naprawić?” Brenna nigdy nie myślała o ludziach w takich kategoriach, jako o jednostkach wymagających zmiany, ale cholera jasna, tutaj chyba miała do czynienia z pierwszym przypadkiem, któremu by się to jej zdaniem przydało. – Powiedz chociaż słowo, a pójdę skopać Saurielowi tyłek, i nic mnie nie obchodzi, że może podgryźć mi gardło i jest nieśmiertelny. W sumie to nie będzie moja pierwsza bójka z wampirem…
Ani druga, ani trzecia nawet. I choć mogło brzmieć to żartobliwie... to po tym, jak rzucił się na Watchera i jak wyglądał tamtej nocy w sypialni u Victorii: była pewna, że owszem, pogryźć gardło byłby jej gotów.
Zesztywniała na moment przy kolejnym pytaniu, a potem z jej ust uleciało westchnienie. Jak mogłoby być w porządku? Nawet nie tylko z powodu tej przeklętej więzi, ale jeszcze bardziej z powodu po stokroć bardziej przeklętego statku.
– Nie – przyznała, trochę niechętnie, bo nie lubiła mówić, że cokolwiek jest nie tak, i jeśli kłamała wprost, to najczęściej właśnie w odpowiedzi na pytanie, czy wszystko jest w porządku. Ale nie chciała oszukiwać Victorii tej nocy, kiedy ta najwyraźniej miała ostatnio o wiele, wiele za dużo na sobie i pewnie domyśliłaby się kłamstwa. Beltane. Bycie Zimną. I Sauriela „Jestem Kretynem” Rookwooda. – Ale to nie jest nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić i to ostatnia rzecz, jaką powinnam się teraz przejmować. Takie rzeczy mijają. Mam większe problemy. Jak potencjalne skutki tego wywiadu – dodała zaraz, odsuwając się wreszcie od Victorii, bo przypomniała sobie wreszcie, że tak jakby powinny skupić się na czuwaniu. - Taaak, Gandalf w ogóle był bardzo mądrym czarodziejem. Trochę przypomina mi Albusa. Albus też na pewno załatwiłby barloga.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.