22.10.2023, 19:04 ✶
Znałem smak tych przeklętych łez aż za dobrze. Gorzkie, sprawiające, że człowiek czuł się opuchnięty na twarzy, wyprany ze wszelkich nadziei, właśnie beznadziejny, opuszczony, najgorszy. Powiedziałbym, że Laurent miał szczęście, że mógł dać upust emocjom, rozpłakać się, potuptać nogą i wykrzyczeć wszelkie żale, ale nie schlebiałbym temu, przynajmniej nie w innym towarzystwie, bo przy mnie mógł być sobą, co pragnąłem mu wyperswadować, ale nie działało. Najwyraźniej musiałem mu pokazać, że byłem z nim w najmroczniejszych momentach jego duszy by w końcu przejrzał na oczy, że byłem do cholery jego ojcem.
- Zgrzebku, teleportuj się - rzuciłem w przestrzeń powietrzną. Wiedziałem, że Laurent stał pod drzwiami i się łamał, ale nie byłem w stanie drgnąć, wstać i mu pomóc. Obawiałem się, że nie skończyłoby się to dobrze, więc niby to trwałem niewzruszony na swoim tronie, królewskim niemalże, i zajmowałem się tym przeklętym listem, chociaż tak naprawdę go nie widziałem.
Naprawdę kochałem Zofię, naprawdę kochałem Laurenta. Może nawet bardziej niż jego rodzicielkę, gdyż był moim synem. Takim podobnym do mnie, popełniającym może podobne błędy, ale moim synem. Miał też wiele z Zofii i dosyć często mi o niej przypominał, co momentami było bolesne, ale cieszyłem się, że jej skrawek uchował się w nim. Nie to jednakże najbardziej doceniałem w jego egzystencji, nie był mi pamiątką, tylko moim zagubionym dzieciakiem.
- Zgrzebku, odstaw tacę na moim biurku i pomóż Laurentowi usiąść w fotelu, a potem posprzątaj... Tusz mi spadł. Nie potrzebuję nowego. Potem to uzupełnisz - rozkazałem skrzatowi rzeczowo, wbijając w niego spojrzenie, a później w Laurenta. Choć pragnąłem być ostry i chłodny, to jednak pojawiła się niepozornie spora odrobina czułości w moim spojrzeniu, a też smutku i zmartwienia. Nie mogłem być jednakże zbyt miękki.
Odłożyłem list, przesunąłem pergamin, sięgając po herbatę. Sam się obsłużyłem, próbując zebrać myśli.
- Skoro nie chcesz mówić o Pandorze, to mów o sobie, synu - odparłem, przerywając zabawę z filiżanką by wbić w niego spojrzenie brązowych oczu. Zapewne już z powrotem znajdował się w fotelu. - Powiedz mi, proszę, kiedy zasugerowałem, że Pandora jest od ciebie ważniejsza...? Nie jesteś moim przedmiotem, zastępstwem czy pamiątką. Jesteś moim synem... Nie mam pojęcia, skąd te wątpliwości - dodałem od siebie, po czym skinąłem jeszcze palcem na skrzata.
- Jak skończysz, podrzuć ciepły koc dla panicza Prewetta. - Nawet ładnie poprosiłem, już nie protekcjonalnie. Umyślnie użyłem nazwiska, które przekazałem Laurentowi. Powinien być świadom tego, że bękarty nie dostawały nazwisk ojców, że ojcowie się do nich nie przyznawali, a tu... O! Niespodzianka! I to wszystko dlatego by się bawić moją nową zabawkę, przedmiotem, zastępstwem po kochance i... jak to? Pamiątką! Aż mi się wszystko w środku wywracało ponownie. Plus był taki, że jednak syn wrócił do mnie dokończyć naszą rozmowę.
Dokończyłem nalewanie herbatki sobie i Laurentowi, więc jeśli miał życzenie, o ile w ogóle miał ochotę, to mógł się poczęstować. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy mu magią podać filiżankę, ale obawiałem się, że mogłaby jej zawartość wylądować na mojej twarzy. Może lepiej niech jeszcze chwilę przestygnie.
- Zgrzebku, teleportuj się - rzuciłem w przestrzeń powietrzną. Wiedziałem, że Laurent stał pod drzwiami i się łamał, ale nie byłem w stanie drgnąć, wstać i mu pomóc. Obawiałem się, że nie skończyłoby się to dobrze, więc niby to trwałem niewzruszony na swoim tronie, królewskim niemalże, i zajmowałem się tym przeklętym listem, chociaż tak naprawdę go nie widziałem.
Naprawdę kochałem Zofię, naprawdę kochałem Laurenta. Może nawet bardziej niż jego rodzicielkę, gdyż był moim synem. Takim podobnym do mnie, popełniającym może podobne błędy, ale moim synem. Miał też wiele z Zofii i dosyć często mi o niej przypominał, co momentami było bolesne, ale cieszyłem się, że jej skrawek uchował się w nim. Nie to jednakże najbardziej doceniałem w jego egzystencji, nie był mi pamiątką, tylko moim zagubionym dzieciakiem.
- Zgrzebku, odstaw tacę na moim biurku i pomóż Laurentowi usiąść w fotelu, a potem posprzątaj... Tusz mi spadł. Nie potrzebuję nowego. Potem to uzupełnisz - rozkazałem skrzatowi rzeczowo, wbijając w niego spojrzenie, a później w Laurenta. Choć pragnąłem być ostry i chłodny, to jednak pojawiła się niepozornie spora odrobina czułości w moim spojrzeniu, a też smutku i zmartwienia. Nie mogłem być jednakże zbyt miękki.
Odłożyłem list, przesunąłem pergamin, sięgając po herbatę. Sam się obsłużyłem, próbując zebrać myśli.
- Skoro nie chcesz mówić o Pandorze, to mów o sobie, synu - odparłem, przerywając zabawę z filiżanką by wbić w niego spojrzenie brązowych oczu. Zapewne już z powrotem znajdował się w fotelu. - Powiedz mi, proszę, kiedy zasugerowałem, że Pandora jest od ciebie ważniejsza...? Nie jesteś moim przedmiotem, zastępstwem czy pamiątką. Jesteś moim synem... Nie mam pojęcia, skąd te wątpliwości - dodałem od siebie, po czym skinąłem jeszcze palcem na skrzata.
- Jak skończysz, podrzuć ciepły koc dla panicza Prewetta. - Nawet ładnie poprosiłem, już nie protekcjonalnie. Umyślnie użyłem nazwiska, które przekazałem Laurentowi. Powinien być świadom tego, że bękarty nie dostawały nazwisk ojców, że ojcowie się do nich nie przyznawali, a tu... O! Niespodzianka! I to wszystko dlatego by się bawić moją nową zabawkę, przedmiotem, zastępstwem po kochance i... jak to? Pamiątką! Aż mi się wszystko w środku wywracało ponownie. Plus był taki, że jednak syn wrócił do mnie dokończyć naszą rozmowę.
Dokończyłem nalewanie herbatki sobie i Laurentowi, więc jeśli miał życzenie, o ile w ogóle miał ochotę, to mógł się poczęstować. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy mu magią podać filiżankę, ale obawiałem się, że mogłaby jej zawartość wylądować na mojej twarzy. Może lepiej niech jeszcze chwilę przestygnie.