23.10.2023, 01:23 ✶
- Panie Longbottom, jeżeli naprawdę jest pan ciekaw, mogę się nad tym rozwodzić choćby i godzinami, nomenklatura w tej dziedzinie nauki to między innymi moja zasługa.
Naprawdę mocno chciał wywrócić oczami, kiedy Longbottom go poprawił, ale nie powiedział nic, nie zdradził też rozczarowania byciem niezrozumianym przez żaden widoczny gest. Chodziło mu o Gryffindora, po prostu nie dodał przed dziesiątek „pra”, nie chcąc gdakać tutaj jak kurcak. Bo kim niby był dla Dolohova Godryka Longbottom - jakimś starym dziadem z klubu pojedynkowego, jeszcze minuta myślenia o tym i zaśnie. Ale Gryffindor - to była historyczna figura, to były setki lat historii szkoły, to był miecz, o który po dziś dzień kłóciły się te małe stworki i pewnie z wielką chęcią urządziłyby nalot na ich dom, gdyby nie był pilnie strzeżoną warownią.
- Oh, nie musi się pan tłumaczyć - no chyba, że Peregrinowi, który, chociaż w Prawach Czasu zarabiał bardzo dobrze, to na ten moment nie przeżyłby gdyby ktoś rzucił na niego klątwę każącą mu jeść drogie kamienie - wspominam o tym ciągle, bo to tak ciekawy wątek, proszę rozważyć zaproszenie mnie na następne takie przyjęcie, chętnie policytowałbym się z kanclerzem dla samego zobaczenia jego miny. Wszystko w imię waszej organizacji charytatywnej rzecz jasna.
Dobrze wiedział, że Peregrin żartował i nawet zagrał jakiś taki cichy niby-śmiech, ale to był żart zupełnie nie w stylu Dolohova - przecież on by się bardzo cieszył, gdyby mógł zakręcić tym kołem jeszcze mocniej. Kiedy Erik budował sobie wizerunek jako najdroższego czarodzieja Wielkiej Brytanii i obiekt pożądań każdej kobiety marzącej o tak wpływowym kawalerze, to Dolohov jako człowiek wbrew swej woli żonaty, realizował się w Prawach Czasu jako najbardziej znudzony gej Wielkiej Brytanii. Takie wydarzenia bardzo go pociągały, bo były dla niego jedną z niewielu form rozrywki - to prawda, że się zaszywał w swoim gabinecie na długi czas, aby pisać, pisać i pisać, ale nie był typowym introwertykiem - oni się ładowali w środku, żeby mieć siły do siedzenia na zewnątrz, Dolohov musiał czasami wyjść, żeby później wytrzymać w środku.
- Pan naprawdę lubi być bity - powiedział, spoglądając na jego uniesione brwi.
Wysłuchał jego opowieści uważnie, nie przerywając mu w żaden sposób, bo czemu miałby to robić, kiedy Longbottom sam z siebie jak otwarcie i genialnie płynął z historią. Peregrin wyrwał się do zadania pytania jako pierwszy, Vasilij wstrzymał się więc ze swoim komentarzem, mając już jakiś wstępny obraz...
Kościste łapsko zanotowało w swoim kajecie kilka ze słów. Był otwarty na świeżej stronie, Dolohov wpisał na niej jedynie dzisiejszą datę. Pierwszy zapis - przeładowanie emocjonalne, drugi - spożytkowanie energii, trzeci - spokój przy końcu egzystencji. Wyglądał tak poważnie, jakby znajdował się teraz na jakimś wykładzie, a siedzieli w wystrojonym w zegary gabinecie wróżbity. Jasne, że ekscentryzm, jakim tenże wróżbita ociekał, czynił go kimś, do kogo nabierało się dystansu i podejrzliwości, ale tak naprawdę... Nie, Erik nie przekazał im nic wstydliwego. Nie zrobiłby nikomu i niczemu krzywdy, mówiąc jeszcze więcej, bo chociaż i on i Peregrin walczyli prywatnie z jakimiś swoimi prywatnymi demonami, to pozostawali głównie parą naprawdę nudnych naukowców, którzy (jeżeli uporanie się z obecnymi problemami nie odbierze im życia ani klarowności umysłu) będą do końca danego im czasu siedzieć na jakimś uniwersytecie pokryci warstwą kurzu. No... przynajmniej Dolohov tak o nich myślał.
- Dlaczego pan tam nie wszedł? - W te płomienie, które opisywał. Widział, że facet pali przed nimi buraka, ale to nie znaczyło jeszcze, że przestanie mówić... - Ależ to jest ciekawe, że przekazuje nam pan przebieg doświadczeń z pogranicza śmierci.
Naprawdę mocno chciał wywrócić oczami, kiedy Longbottom go poprawił, ale nie powiedział nic, nie zdradził też rozczarowania byciem niezrozumianym przez żaden widoczny gest. Chodziło mu o Gryffindora, po prostu nie dodał przed dziesiątek „pra”, nie chcąc gdakać tutaj jak kurcak. Bo kim niby był dla Dolohova Godryka Longbottom - jakimś starym dziadem z klubu pojedynkowego, jeszcze minuta myślenia o tym i zaśnie. Ale Gryffindor - to była historyczna figura, to były setki lat historii szkoły, to był miecz, o który po dziś dzień kłóciły się te małe stworki i pewnie z wielką chęcią urządziłyby nalot na ich dom, gdyby nie był pilnie strzeżoną warownią.
- Oh, nie musi się pan tłumaczyć - no chyba, że Peregrinowi, który, chociaż w Prawach Czasu zarabiał bardzo dobrze, to na ten moment nie przeżyłby gdyby ktoś rzucił na niego klątwę każącą mu jeść drogie kamienie - wspominam o tym ciągle, bo to tak ciekawy wątek, proszę rozważyć zaproszenie mnie na następne takie przyjęcie, chętnie policytowałbym się z kanclerzem dla samego zobaczenia jego miny. Wszystko w imię waszej organizacji charytatywnej rzecz jasna.
Dobrze wiedział, że Peregrin żartował i nawet zagrał jakiś taki cichy niby-śmiech, ale to był żart zupełnie nie w stylu Dolohova - przecież on by się bardzo cieszył, gdyby mógł zakręcić tym kołem jeszcze mocniej. Kiedy Erik budował sobie wizerunek jako najdroższego czarodzieja Wielkiej Brytanii i obiekt pożądań każdej kobiety marzącej o tak wpływowym kawalerze, to Dolohov jako człowiek wbrew swej woli żonaty, realizował się w Prawach Czasu jako najbardziej znudzony gej Wielkiej Brytanii. Takie wydarzenia bardzo go pociągały, bo były dla niego jedną z niewielu form rozrywki - to prawda, że się zaszywał w swoim gabinecie na długi czas, aby pisać, pisać i pisać, ale nie był typowym introwertykiem - oni się ładowali w środku, żeby mieć siły do siedzenia na zewnątrz, Dolohov musiał czasami wyjść, żeby później wytrzymać w środku.
- Pan naprawdę lubi być bity - powiedział, spoglądając na jego uniesione brwi.
Wysłuchał jego opowieści uważnie, nie przerywając mu w żaden sposób, bo czemu miałby to robić, kiedy Longbottom sam z siebie jak otwarcie i genialnie płynął z historią. Peregrin wyrwał się do zadania pytania jako pierwszy, Vasilij wstrzymał się więc ze swoim komentarzem, mając już jakiś wstępny obraz...
Kościste łapsko zanotowało w swoim kajecie kilka ze słów. Był otwarty na świeżej stronie, Dolohov wpisał na niej jedynie dzisiejszą datę. Pierwszy zapis - przeładowanie emocjonalne, drugi - spożytkowanie energii, trzeci - spokój przy końcu egzystencji. Wyglądał tak poważnie, jakby znajdował się teraz na jakimś wykładzie, a siedzieli w wystrojonym w zegary gabinecie wróżbity. Jasne, że ekscentryzm, jakim tenże wróżbita ociekał, czynił go kimś, do kogo nabierało się dystansu i podejrzliwości, ale tak naprawdę... Nie, Erik nie przekazał im nic wstydliwego. Nie zrobiłby nikomu i niczemu krzywdy, mówiąc jeszcze więcej, bo chociaż i on i Peregrin walczyli prywatnie z jakimiś swoimi prywatnymi demonami, to pozostawali głównie parą naprawdę nudnych naukowców, którzy (jeżeli uporanie się z obecnymi problemami nie odbierze im życia ani klarowności umysłu) będą do końca danego im czasu siedzieć na jakimś uniwersytecie pokryci warstwą kurzu. No... przynajmniej Dolohov tak o nich myślał.
- Dlaczego pan tam nie wszedł? - W te płomienie, które opisywał. Widział, że facet pali przed nimi buraka, ale to nie znaczyło jeszcze, że przestanie mówić... - Ależ to jest ciekawe, że przekazuje nam pan przebieg doświadczeń z pogranicza śmierci.
with all due respect, which is none