Znała ten strach, rozumiała jego podłoże i wszystko co się z nim wiąże. Być może dlatego tak dobrze się dogadywali – bo rozumieli względem siebie wiele rzeczy. Oczywiście względem drugiej osoby dużo łatwiej było zobaczyć fałsz i nieprawdziwość tego strachu, bo Victoria, choć rozumiala go, uważała że Laurentowi wcale nic nie brakuje, że to nie tak, że ludzie go zostawią, bo ma jakieś wady. Każdy je miał przecież. Ale kiedy byli razem, mogli dać sobie tę odrobinę ciepła, by poczuć, że nie jest tak źle jak sami myślą. Laurent był osobą o wielkim i wrażliwym sercu i nie było to przecież nic złego, że tak mocno odczuwał wszystko wokół.
Nie było powodu, by się śmiać. To przecież nie tak, że sam sobie zrobił śmieszny kawał, tylko naprawdę się przestraszył i Victoria to widziała. Zresztą raczej takie rzeczy jej nie bawiły, choć może z perspektywy czasu całą sytuacja będzie zabawna. Teraz nie była, a butelka szamponu powinna zostać zutylizowana. Wiedziała, że Laurent chce być piękny i dbał o siebie bardzo, a taki kaktus… wytykano by go przecież palcami, a chciał żeby mówiono o nim jak najlepiej. I naprawdę to rozumiała.
Szczęście w nieszczęściu, że to nie było dla niego bolesne, to znaczy fizycznie. Bo psychicznie było jasne, że cierpiał.
Ulga i radość, jaka się w nim wymalowała, była widoczna gołym okiem. Zaraz zresztą ją objął i przyciągnął do siebie i…
Victoria tylko się uśmiechnęła pod nosem, a jej palce zawędrowały do jego włosów, by je przeczesać delikatnie i pogłaskać – znak czułości oraz dowód, że naprawdę już niczego tam nie było. Po chwili nachyliła się do niego, by skraść całusa z jego ust.
- Chodź, pozbędziemy się tego z pamięci – wyszeptała w jego usta.
Tak, to było zaproszenie.