Uśmiech nie tańczył na wargach rozgorzałej rusałki; na obliczu odciskały się piętnem kolejno wszelkie emocje: na nieposkromionej radości zaczynając (w końcu nie spędzi święta zakochanych w towarzystwie terpentyny – dla pewnej babskiej części jej osobowości, było to relatywnie ważne!) na zdeterminowanej irytacji, zmieniającej się w prędko w uwydatnione wkurwienie. Gwiazdy nie były dla niej tej nocy łaskawe – tak przynajmniej sobie powtarzała, zastając go w progu swojego mieszkania – w gruncie rzeczy jednak, żywiła ku nim głęboko pielęgnowaną wdzięczność. Może gdyby jej praca była bardziej dynamiczna; wymagająca tych wszystkich bzdur, którymi szczycili się aurorzy, albo na wzór rodowy, zajmująca się medykamentami. Nie była wybitną czarownicą, nie posiadła umiejętności wysoce zrośniętych z biegłości, którą mógł się poszczycić bliźniak… Ją jednak od zawsze bardziej pasjonowały umysły i władza nad nimi. A szalona wiedźma z wahadełkiem w dłoni na ogół nie jest najlepszym zwiastunem płodności czy patronatu nawracającego światła.
Mieli różne oczekiwania wokół siebie, z definicji. Lwica salonowa, którą była bez zawahania, musiała być na językach, pojawiać się bogato zdobiona na bankietach, być otoczoną wianuszkiem panien, błyszczeć z pierwszych stron Proroka, udzielać wywiadów Czarownicy – najogólniej istnieć na firmamencie jako celebrytka, o której się mówi; on z kolei, najchętniej zamknąłby ją w szczerozłotej klatce, aby mieć ją na własność. Loretta znała pojęcie „na własność” tylko, gdy nie dotyczyło jej osoby.
Nigdy nie będzie przecież panią domu; nigdy nie będzie także femme fatale – dryfowała gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi określeniami, szukając własnej niszy. Przykładna, a zarazem buńczuczna; uśmiechnięta, a jednak zgorzkniała – podobnych przeciwstawnych wyrażeń można byłoby przytoczyć więcej. Loretta Lestrange była przede wszystkim marką samą w sobie.
Tym bardziej piekielnie, że zdawała sobie z tego sprawę.
Ileż razy ciskała w jego oblicze zastawą jego ukochanej babci, grożąc, że jeśli nie zaprzestanie swoich ćpuńskich wojaży – zostawi go. Nigdy jednak nie zostawiła, a jej słowa zionęły pustką. Bo przecież lubiła sposób, w jaki ją dotykał; lubiła jego dłonie na swojej talii i gest, którym odgarniał jej kosmyk włosów za ucho. Była od niego uzależniona w równej mierze, co on od heroiny i choć były to aberracje, do których się nie przyznawała – nie potrafiła nie przyjąć go z powrotem, gdy wracał każdorazowo jak zbity pies.
W pewien gorzki sposób, nie potrafili bez siebie żyć.
Widząc jego ciekawski wzrok, o wiele zbyt wymowny, jakby chciał wedrzeć się pod materiał koszuli samym spojrzeniem. Skrzywiła się brzydko, widząc lustrujące ją z góry na dół oczy. Istotnie, była w jednej z jego koszul, wyglądała jednak jak dziecko w ubraniach mamy. Rękawy musiała zakasać sowicie, a linia materiału kończyła się gdzieś w okolicy kolan. Gdyby nie omyłkowe zapięcie guzików i ten przeklęty dekolt, ukazujący wydatne obojczyki – nie budziłaby zgorszenia.
Czy kogoś tak zgorszonego jak Alexander dało się zgorszyć jeszcze mocniej?
– Przyszedłbyś niezależnie od czegokolwiek – zawyrokowała, marszcząc brwi wyraźnie. – Dlaczego? To znaczy, dlaczego przychodzisz tu o tej porze?... – urwała, marszcząc brwi jeszcze o jotę bardziej. – W sumie, jakbyś wysłał sowę, to byłabym pewna, że leżysz zaćpany w jakimś rowie w Little Hangleton.
Jej labilność emocjonalna, nieustanna chęć autodestrukcji, budowanie relacji toksycznych i o kruchych ryzach – to wszystko stanowiła puentę, będącą osobą Loretty. A on dawał jej to wszystko jednocześnie. Nie pozwalał o sobie zapomnieć, nie dawał wrzucić się w porzucone arkany umysłu, gdzie już tylko zabawki z dzieciństwa się znajdowały. Zawsze, gdy myślała, że nieodwracalnie zatarł się na linii jej życia – on wracał z podwójną siłą, która trawiła i niszczyła absolutnie wszystko na swojej drodze.
Historia nasza godna i tragiczna, czyż nie?
Wziąwszy od niego na powrót butelkę, pociągnęła duszkiem kilka solidnych łyków. Alkohol mile rozlał się w umyśle, czyniąc w nim niespokojnie, a ciało owładnął niewiadomy gorąc.
– Zawsze pytasz o to, gdy celowo mnie zdenerwujesz. A urok pięknych oczu nie zadziała, bo to ja mam tutaj najpiękniejsze oczy – dodała głosem stalowym, jednak na ustach wykwitł urokliwy uśmiech.
Jego dłonie na jej talii, gdy ją podnosił, były uzależnieniem samym w sobie. I o ile Alexander mógł być zaćpanym alkoholikiem, to ona poznała prawdziwe znaczenie słowa uzależnienie. Bo nic nie równało się z tym rozgorzałym uczuciem, gdy zaciskał palce na kruchym ciele; gdy jego oddech mościł się w zgięciu szyi, na której czuła dotyk sunących po niej ust. Z każdym momentem potrzebowała go dotkliwiej; ujęła w dłonie jego policzki, sunąc kciukami po szczytach kości jarzmowych, aby po chwili z cichym westchnięciem odwrócić wzrok.
– Chcę z tobą oglądać perseidy – rzuciła w końcu. – Zdaję sobie sprawę, jakie to cliche, jednak chcę. Wyjedźmy gdzieś daleko i leżmy na łące patrząc w niebo. Niczego więcej nie potrzebuję – wyszeptała miękko, zsuwając dłonie z jego policzków.