13.11.2022, 12:33 ✶
Nie potrafił się nie roześmiać. Brenna wprowadzała bardzo dużo energii do jego klitki i wystarczyło kilka minut a jego buzia już się cieszyła. Lubił jej wizyty, nawet nie zdawał sobie sprawy, że czasem ich wyczekuje zwłaszcza wtedy kiedy nad głową kłębią się burzowe chmury przygnębienia.
- A jak ci powiem, że niektóre z moich książek otrzymały zaklęcie odpychania rąk kiedy ktoś próbuje je podnieść? - uśmiechnął się znacznie szerzej niż na co dzień bo aż odsłonił przy tym zęby; przypominał tym samym siebie sprzed dziesięciu lat kiedy nie był jeszcze tak ześwirowanym naukowcem. Patrzył na nią z rozbawieniem kiedy tak wymieniała listę przyniesionych fantów i roześmiał się słysząc o pączkach.
- Te sześćdziesiąt to jest dla mnie na zaspokojenie pierwszego głodu. - przypomniał jej o tym jakim jest żarłokiem. Gorzej jeśli zbierze się z Baldurem w duet i pójdą do jadłodajni - potrafią pochłonąć połowę zapasów ze spiżarki. Przyjrzał się cudownie pachnącym pączkom.
- Jak nic jest w nich jakieś podejrzane zaklęcie. To bardzo niebezpieczny czar, powinienem skonfiskować całe pudełko dla bezpieczeństwa narodu. Wezmę na siebie tę odpowiedzialność, jestem na to gotowy. - na Merlina, co ta dziewczyna z nim robiła. Od razu był skory do żartów, podłapywał jej ton, zarażał się iskrą i zmieniał się z posępnego i poważnego pracownika Banku Gringrotta w całkiem przyjemnego w odbiorze człeczynę.
Wiedząc, że nie dostanie całego pudełka pączków wyczarował w powietrzu talerzyk i umieścił na nim dwa skromne i malutkie pączki, które to zaraz wylądowały na stoliku - to będzie na jednego kęsa do kawy. Podszedł bliżej Brenny aby przyjrzeć się przyniesionym przedmiotom i kiedy poczuł lekki zapach jej włosów to na wpółświadomie się spiął. Odchrząknął, zasłaniając usta pięścią i przytknął różdżkę do materiału sukni. Szepcząc dwuczłonowe zaklęcie uniósł materiał w powietrze, zawieszając odzienie na wysokości ich oczu ale od strony okna aby słońce oświetlało je z drugiej strony.
- Nie mów mi, że ubierzesz się w balową suknię bo nie uwierzę. - kumple nie noszą sukienek, prawda? Błagam, niech powie, że nie będzie nosiła nic zbyt kobiecego bo znów zacznie się jąkać na samo wyobrażenie. Skupił się na przedmiocie i przechodząc na magię niewerbalną nałożył kilka czarów sprawdzających, a objawiło się to zmianą koloru naświetlenia na materiał. Trwało to około dwóch minut, a różdżkę przesuwał od samego kołnierzyka, do bufiastych rękawów, to gorsetu (dziwne, że znał takie słowo) i samej rozkloszowanej sukni.
- Czysta jak łza. Nie ma w sobie nawet grama psikusa. Spotkałem kiedyś mnisią szatę, która po założeniu zaciskała się na ciele i odcinała dopływ krwi do kończyn a ostatecznie też do mózgu. - mistrz taktu właśnie się objawił, zwłaszcza przy tych pachnących pączkach. Zamiast odłożyć suknię do pudła to zostawił ją tak zawieszoną w powietrzu i odwrócił się do puzderka z naszyjnikiem. Wystarczyło zerknąć przelotnie na odcień biżuterii, a już wiedział, że tu analiza potrwa dłużej. Usiadł za biurkiem z pudełkiem i wskazał Brennie miejsce naprzeciwko, na wyjątkowo wolnym od rzeczy krześle z miękkim obiciem.
- Co wzbudziło twoje podejrzenia? - zawiesił naszyjnik na specjalnym szpiczastym uchwycie, który mógłby przypominać wychudzony kandelabr.
- A jak ci powiem, że niektóre z moich książek otrzymały zaklęcie odpychania rąk kiedy ktoś próbuje je podnieść? - uśmiechnął się znacznie szerzej niż na co dzień bo aż odsłonił przy tym zęby; przypominał tym samym siebie sprzed dziesięciu lat kiedy nie był jeszcze tak ześwirowanym naukowcem. Patrzył na nią z rozbawieniem kiedy tak wymieniała listę przyniesionych fantów i roześmiał się słysząc o pączkach.
- Te sześćdziesiąt to jest dla mnie na zaspokojenie pierwszego głodu. - przypomniał jej o tym jakim jest żarłokiem. Gorzej jeśli zbierze się z Baldurem w duet i pójdą do jadłodajni - potrafią pochłonąć połowę zapasów ze spiżarki. Przyjrzał się cudownie pachnącym pączkom.
- Jak nic jest w nich jakieś podejrzane zaklęcie. To bardzo niebezpieczny czar, powinienem skonfiskować całe pudełko dla bezpieczeństwa narodu. Wezmę na siebie tę odpowiedzialność, jestem na to gotowy. - na Merlina, co ta dziewczyna z nim robiła. Od razu był skory do żartów, podłapywał jej ton, zarażał się iskrą i zmieniał się z posępnego i poważnego pracownika Banku Gringrotta w całkiem przyjemnego w odbiorze człeczynę.
Wiedząc, że nie dostanie całego pudełka pączków wyczarował w powietrzu talerzyk i umieścił na nim dwa skromne i malutkie pączki, które to zaraz wylądowały na stoliku - to będzie na jednego kęsa do kawy. Podszedł bliżej Brenny aby przyjrzeć się przyniesionym przedmiotom i kiedy poczuł lekki zapach jej włosów to na wpółświadomie się spiął. Odchrząknął, zasłaniając usta pięścią i przytknął różdżkę do materiału sukni. Szepcząc dwuczłonowe zaklęcie uniósł materiał w powietrze, zawieszając odzienie na wysokości ich oczu ale od strony okna aby słońce oświetlało je z drugiej strony.
- Nie mów mi, że ubierzesz się w balową suknię bo nie uwierzę. - kumple nie noszą sukienek, prawda? Błagam, niech powie, że nie będzie nosiła nic zbyt kobiecego bo znów zacznie się jąkać na samo wyobrażenie. Skupił się na przedmiocie i przechodząc na magię niewerbalną nałożył kilka czarów sprawdzających, a objawiło się to zmianą koloru naświetlenia na materiał. Trwało to około dwóch minut, a różdżkę przesuwał od samego kołnierzyka, do bufiastych rękawów, to gorsetu (dziwne, że znał takie słowo) i samej rozkloszowanej sukni.
- Czysta jak łza. Nie ma w sobie nawet grama psikusa. Spotkałem kiedyś mnisią szatę, która po założeniu zaciskała się na ciele i odcinała dopływ krwi do kończyn a ostatecznie też do mózgu. - mistrz taktu właśnie się objawił, zwłaszcza przy tych pachnących pączkach. Zamiast odłożyć suknię do pudła to zostawił ją tak zawieszoną w powietrzu i odwrócił się do puzderka z naszyjnikiem. Wystarczyło zerknąć przelotnie na odcień biżuterii, a już wiedział, że tu analiza potrwa dłużej. Usiadł za biurkiem z pudełkiem i wskazał Brennie miejsce naprzeciwko, na wyjątkowo wolnym od rzeczy krześle z miękkim obiciem.
- Co wzbudziło twoje podejrzenia? - zawiesił naszyjnik na specjalnym szpiczastym uchwycie, który mógłby przypominać wychudzony kandelabr.