– Nic dziwnego, chwilę wcześniej mnie przedstawiono większości… Ale ciebie chyba nie widziałam – odpowiedziała Mavelle, bo zupełnie nie miała na myśli, że społeczność czarodziejów jest taka mała, że wszyscy muszą się znać. Nie muszą, bo ona pochodziła akurat z zupełnie innego kraju, ba, innego kontynentu, nawet jeśli regularnie się w Anglii pojawiała. Ale znajomych tu zbyt wielu nie miała. Być może dzisiaj miało się to zmienić? Uścisnęła dłoń Bones i uśmiechnęła się ciepło. Mavelle miała takie ładne oczy. – Tak, Ginevra, to i tak uproszczona forma. Trochę moda, tak, ale moich rodziców po prostu mocno poniosło. Moje pełne imię to Guinevere – roześmiała się na słowa Tii ewidentnie nie będąc obrażona. – W sumie to wiele imion sięga różnych starych wierzeń – dopowiedziała w zastanowieniu. Apollo, Zeus, Junona – może mugole tak swoich dzieci nie nazywali, ale u czarodziejów było to całkiem częste. – Zdarzają się? W sensie… Słyszałyście już o czymś podobnym? – zwróciła się żywo zaciekawiona do Tii i Lillian. Ona takich anomalii nie kojarzyła zbyt wiele – tylko tyle, co już zdążyła powiedzieć.
– Strasznie mi przykro – powiedziała w końcu, ale co ona jedna mogła zrobić? Dopiero co je poznała i nawet nie mogła powiedzieć, że to jej znajome, jednak sądziła, że to faktycznie mocno nie fair. Tym bardziej, ze ci ludzie tutaj… zdawali się z magią oswajać. Nie uciekali z piskiem na jej widok. Ale być może jak towarzystwo nieco się spije i straci czujność… to może wtedy będzie jakiś dobry moment. Ginevra uśmiechnęła się do kobiety zachęcająco, bo na pewno nie zamierzała jej powstrzymać. Bo co się może stać? W najgorszym razie i tak po prostu wymarzą jej pamięć… Ale kto wie – ten wieczór dopiero się zaczął i może jeszcze będzie okazja je stąd zabrać…? Nie mówiła kategorycznego „nie”.
Ginevra na poezji znała się mniej-więcej tyle co żaba na graniu na flecie, na ten temat zbyt wiele do powiedzenia więc nie miała. Obserwowała swoje towarzyszki, zdawało się, ze dość uważnie, i widziała ich niepewność. A przynajmniej jedna, Lillian, nie wyglądała, jakby czuła się tutaj dobrze. Ale po prawdzie, to i ona sama czuła się dziwnie, z każdą chwilą inaczej, i była przekonana, że ma to coś wspólnego z księżycem.
– Tak – potwierdziła Mavelle, że dobrze usłyszała jej słowa. – Nic konkretnego, musiałabym poszukać w moich dziennikach. Jestem archeologiem, to raczej stare dzieje niż nowe – odpowiedziała. – Czasami można się natknąć na różne dziwne historie i motywy, ale prawdę mówiąc nigdy nie widziałam, żeby się nad tym nadmiernie rozwodzono. Raczej przyjmowali to jako coś normalnego – wyjaśniła jeszcze i odgarnęła długie włosy za ramię. – A czemu pytasz? – uśmiechnęła się znowu, miło. Raczej nie spotykała się z tym, by kogokolwiek takie rewelacje interesowały. Chociaż być może z uwagi na słońce i księżyc jednocześnie na niebie, wzbudzało to nieco większe zainteresowanie.
Widząc, jak Lily się zachwiała, Ginny odruchowo wyciągnęła do niej ręce, lecz Tia ją utrzymała.
– Hej, Lily… Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz? Chcesz sobie usiąść? – rozejrzała się, w poszukiwaniu miejsca, gdzie kobieta mogłaby sobie przycupnąć. A następnie w poszukiwaniu wody, lecz ostatecznie wyciągnęła różdżkę, by wyczarować szklankę z wodą i podać ją pannie Mills. – To zwykła woda – mruknęła, czując się nagle taka… malutka. Taka nic nie znacząca – a ognisko zdawało się zadrżeć, tak jak ziemia. Pyłek na wietrze – pomyślała o sobie. Ona, jej towarzysze… Więc czy takie dwa pyłki jak Tia i Lily nie mogły umknąć w tym rozgardiaszu i rozpłynąć się, nim amnezjatorzy zrobią swoje czary-mary? Jakie to ma w ogóle za znaczenie dla ogromu całego świata? Kim byli dla Matki, dla Księżyca, dla… tych wszystkich sił?